życie

Happy New Year

Nareszcie. Ulga. Już mam to za sobą. Stary, koszmarny rok i ta przeraźliwa granica, którą trzeba przekroczyć o północy, koniecznie owiniętym w huk tandetnych fajerwerków, z lampką bąbelków w dłoni, udając, że się szampańsko bawię. Jak się żegna stary przesrany rok?

Proste:  wsiada się w swoje mini auto, włącza się stare dobre Vaya Con Dios, fałszuje się wniebogłosy:

Pack your memories and leave
Don’t give it a second thought
All he’s given you is grief
And pain you can do without

I pędzi ciemną, znienacka czasem rozświetlaną przedwczesnym wytryskiem sztucznych ogni, szosą w kierunku przeciwnym niż stolica. Bo w końcu trzeba było zejść z tego płotu niezdecydowania, na którym siedziało się okrakiem od kilku dni, nie wiedząc: iść na imprezę i skazywać się na współczujące zezy współbiesiadujących, czy zostać i po prostu to przespać. Każda opcja wydawała się po równo bezsensowna. Ale dobra schodzę z tego płotu, już nie majtam beztrosko nogami, jadę kupić coś, czym mam się upijać (chociaż mi nie wolno), wyciągam z szuflady srebrne voque (chociaż mi nie wolno), wyciągam srebrny kombinezon, robię czułki kosmitki, przyklejam sztuczne rzęsy, które i tak odpadają, naciągam fioletową perukę, nabieram  10 litrów powietrza i schodzę pod wodę na jakieś kilka godzin. Tyle wydaje mi się, że muszę wytrzymać. Na wielkie szczęście wszystkie durne myśli wyparowują mi, kiedy nieprzepisowo przyciskam pedał gazu. Wykasowuję z komórki zbędne i do niczego oprócz goryczy niepotrzebne numery telefonów, żegnam się z głupimi nadziejami, wyrzucam jak upierdliwego pasażera na gapę resztki naiwności. Gdzieś koło pierwszej w nocy, siedząc w budowlanym kasku na mocno zmarzniętej lufie zabytkowego zaplątanego w tę historię czołgu, stwierdzam, że jest dobrze, że o głupiej północy nie stałam sama jak pin pong, że usłyszałam wiele fajnych słów (nie staram się teraz rozważać, czy były szczere, przyjmuję, że tak), że mogę nabrać nowego oddechu, powywijać jeszcze chwilę do piosenek zupełnie nie w moim stylu, po czym rano ogarnąć się i pokierować swoim życiem, tak jak autem, pewnie, bez zbędnych ruchów i kluczeń, zabierając do niego tylko fajnych, wartościowych pasażerów, którzy wniosą do mojego życia światło w miejsce ciemnej lepkiej masy, uśmiech zamiast słonych kropel. I że głębokie, szczere rozmowy da się prowadzić nie tylko z wybrańcami.

A czego mogę życzyć Wam moi drodzy wierni (i trochę niewierni) czytelnicy na ten rok?

Życzę Wam, żeby wszystko stało się jasne i żebyście w końcu na swoich drogach, pełnych zakrętów zobaczyli, że był w tym jakiś sens, i że ta droga choć czasem wyboista dokądś prowadzi. Żebyście nie dali zwieść się blichtrowi złota w zamian za to, czego pragnie wasza dusza, żebyście nigdy nie zapomnieli, co jest ważne i nie da się zastąpić żadnym erzacem. I oby żadna z chwil, myśli, rozmów, czynów tego roku nie poszła na marne.

A Was stawiam przed takim zadaniem domowym do odrobienia w wolnej chwili:

czego Wy sami chcecie od siebie i od innych w tym roku? Czego sobie z głębi serca bez oszukiwania się sobie życzycie?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *