życie

Jesień idzie- nie ma na to rady.

Przygotowuję się pomału.

Tak jak kuzyn mojej babci, który stale jest przygotowany na wypadek wojny- w piwnicy, którą oddziały specjalne zakwalifikowały by jako nadającą się na schron w razie ostrzału nieprzyjaciela, sumiennie odnawia zapasy puszek z mięsem, długoterminowego pieczywa, makaronów, kasz, cukru, mąk i oczywiście kawy oraz sznapsa.

Tak ja, z chwilą, gdy naładuję moje jaszczurze baterie słoneczne dużą dawką słońca, w tym roku w przepięknym i malowniczym kraju, gdzie najlepiej smakują figi zrywane po kryjomu z drzewa gospodarza, zaczynam przygotowywać się i to bardziej podprogowo niż świadomie do nadejścia nielubionej przeze mnie pory roku. Jesieni.

Oczywiście mowa o tej jesieni, która opluwa mnie niespodziewanym deszczem, błotem, zimnymi nocami i zaparowanymi oknami w samochodzie. Nie mam nic przeciwko jesiennemu słońcu, jabłkom, śliwkom, kolorowym liściom, kasztanom, grzybom i winobraniu…

Ale za chwilę będzie słotno, błotno, niezbyt ciepło i słońce będzie towarem reglamentowanym i to z reguły w godzinach, kiedy i tak tkwię w biurze i widzę je tylko przez żaluzje w oknie.

To co robi i każe mi robić moja podświadomość w ten czas przygotowań, robienia nalewki z dojrzewających właśnie jeżyn, układania planu zajęć na następne półrocze i obowiązkowego obejścia straganów winobraniowych?

Każde mi zauważać ciepłe rozgrzewające herbaty na półkach w sklepie, zawieszać na ścianie lampki poprawiające nastrój w myśl filozofii hygge, rozglądać się za miękkimi swetrami, dzianinami, czapkami, szalami, ignorując zwiewne kolorowe sukienki. Coraz dłużej muszę też ze sobą rozmawiać, zanim ruszę na trening- książka i kocyk plus kubek ciepłego naparu są coraz bardziej atrakcyjne dla mojej podświadomości. W kuchni też się zmienia- zamiast lekkich łatwostrawnych potraw, organizm zaczyna się dopominać rozgrzewających eintopfów, kapuśniaków, fasolek po bretońsku i nieco więcej kalorii w postaci dodatkowej czekoladki. Ech i boczki rosną….

Ranek. Najcięższy jest ciemny ranek, kiedy musisz swoje skulone pod ciepłą kołdrą ciało wyrzucić na gołe nieogrzane jeszcze w żaden sposób powietrze. Brrr. I ta minutka, która staje się coraz dłuższa od momentu, gdy bezlitośnie zabrzmi budzik.

Moje drugie jesienne ja zmusza mnie do zatroszczenia się o kominek, zdobycie opału, by móc w te coraz dłuższe wieczory delektować się pięknym żywym żarem. Do porobienia zapasów do spiżarki- ogórki, miody, dżemy i kompoty, będą w sam raz, gdy zabraknie energii na kulinarne rozważania.

Wygania też pająki z kątów, które o tej porze roku ochoczo ciągną do zabudowań, zgarnia liście z tarasu i nie je już śniadań w ogrodzie…

Wyciąga tomik wierszy Poświatowskiej i robi się nostalgiczne, osowiałe i smutne po prostu.

No i zaczyna smarkać, prychać i narzekać na zatoki.

I cóż, że zgodnie ze słowami piosenki jesienią góry są najszczersze, kiedy nawet nie ma kiedy w nie pojechać….

Gdyby ktoś chciał mnie na ten okres przechować w jakimś słonecznym miejscu za miskę ryżu- obiecuję, że rozważę każdą propozycję.

A tymczasem idę zaparzyć imbir z miodem, a na tapecie ustawiam widokówkę z wakacji.

P.S. Gdybym nie odzywała się do wiosny to może oznaczać:

1. że nie wyszłam jeszcze spod kamieni w ogrodzie- bo tam zamarzłam tudzież zasuszyłam się.

2. że zostałam w jakimś słonecznym miejscu za miskę ryżu na stałe

3. że rzuciłam wszystko i wyjechałam na wyspy wiecznie ciepłe

 

 

Tagged , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *