życie

Oda do ojca nieobecnego.

Czy kiedykolwiek byliśmy dla Ciebie ważni?

Ostatnio wreszcie wydusiłam to z siebie i powiedziałam mamie, że my Ciebie nic nie obchodzimy. Bo tak czuję.

Tak łatwo nas odpuściłeś, najpierw dla kariery w wielkim mieście, potem w innym państwie.

Byliśmy i wciąż jesteśmy jakby bardziej mamy sprawą, problemem, nieprzespanymi nocami i zakatarzonymi nosami. Ty byłeś ponad codziennymi sprawami, zawsze tak bardzo zajęty sobą, komputerem, że nawet jak byłeś, to jakby Cię nie było. Nieobecny duchem.

My gdzieś tam się plątaliśmy ze swoimi małymi, mało istotnymi dla Ciebie problemami.

Potem jak wyjechałeś do pracy, telefon , jeden telefon w środku tygodnia, dokładnie jak w zegarku w środę, był jak jałmużna rzucana pod kościołem, który dla Ciebie nie istnieje. Nie we wtorek, nie w poniedziałek, bo to jeszcze za blisko od niedzieli, kiedy „dopiero” nas widziałeś,  i już nie w czwartek, bo przecież w piątek wieczorem zaraz będziesz, tylko właśnie w środę. Można było według tego ustawiać tygodniowy zegar. Jeszcze na początku czekaliśmy na te telefony, coś tam Ci opowiadaliśmy, ale po jakimś czasie było to jak żebranie o uwagę, a Ty wszystkie pytania sprowadzałeś do zdawkowego „jak w szkole?”. Czy nie rozumiałeś, że powód dla którego płakałam w poniedziałek, i że mnie bolała głowa i że miałam tylko mamy ręce, które mnie wtedy mogły przytulić, w środę o godzinie osiemnastej był już tylko wspomnieniem i czymś, o czym nie chciało się referować?

Czy nigdy nie przemknęło Ci przez myśl, że ja Twój syn potrzebuję w czwartek, właśnie w czwartek, kiedy to ten straszny Adrian znowu mi coś dopiekł w szkole, pójść z Tobą pokopać w piłę, pobyć trochę z mężczyzną, który mnie w pełni akceptuje, tak żebym potem i ja mógł wychować i zaakceptować mężczyznę w sobie?

A potem, kiedy poinformowaliście nas z mamą o tym, że podjęliście decyzję o rozwodzie, ale że dla was nadal będziemy ważni i że nic się nie zmieni i że nadal będziecie nas kochać, a Ty jeden, jedyny raz wtedy płakałeś, choć nie wiesz, bo Cię to już wtedy nie obchodziło, jak często ja Twoja córka płakałam, bo widziałam za często łzy mamy i już wtedy moje dziecięce, ale jednak już tresowane przez kobiece geny do czytania emocji między słowami serce czuło, że to są tylko słowa, puste brzęczące jak żółte grosze w zbyt małym portfelu, wyświechtane słowa, które już kiedyś mówiłeś innej małej dziewczynce. Od tego czasu widzisz nas średnio cztery dni w miesiącu. Cztery dni, w których nie dzieje się nic. Nawet nie wiesz, jakie mamy oceny w szkole.

Czy wiesz, że stałam się już kobietą? A mój brat ma na szyi pierwszą malinkę? Nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć, przecież z nikim o nas nie rozmawiasz, nikogo o to nie pytasz…

A że już dawno nie czekamy na weekendy z Tobą? W piątek, kiedy masz przyjechać, kiedy za każdym razem się spóźniasz, mimo zrzędzenia mamy, że powinniśmy się pakować i być gotowi, żebyś na nas nie czekał, nam się po prostu nie chce. Nie chce nam się opuszczać domu. Bo tam gdzie nas zabierasz na te dwa dni, to nie jest nasz dom. My tam tylko wegetujemy, nic ciekawego nie robimy, a Ty i Twoja nowa żona sprawiacie wrażenie, jakbyście tylko czekali, kiedy będzie niedziela godzina 18. Bo tej godziny pilnujesz bardzo dokładnie. Godziny odstawienia nas do mamy. Więc robimy wszystko i tak organizujemy sobie czas, żeby nie wegetować przez dwa dni. Na szczęście jesteśmy już na tyle samodzielni, że możemy wybrać i wybieramy: wypad z koleżankami do miasta, popołudnie u dziewczyny, wyjście z kumplami do kina. Byle tylko tam nie gnić.

Potem jak oddajesz nas mamie, potrafisz znowu nie dzwonić przez wiele dni. Nawet jak ktoś z nas jest chory i obiecujesz, że zadzwonisz na drugi dzień, to masz tak zajęty grafik, że Ci nie wychodzi.

A nasze życie toczy się codziennie, czy tu jesteś czy nie. Nasze życie nie będzie na Ciebie czekało, aż obudzisz się z wielkiego snu. Tylu rzeczy o nas nie wiesz, o tyle nie pytasz, tyle Cię omija. My też już do Ciebie nie dzwonimy, bo i tak nie odbierasz.

Kto inny uczy mnie, młodego chłopaka przybijać gwoździe i machać łopatą, kto inny martwi się czy Twoja córka zabrała kanapki do szkoły i że znowu boli ją noga.

Myślę, że bardziej dbamy i martwimy się o naszego kota, niż Ty o nas. Płacenie alimentów na czas to nie jest bohaterstwo, to nie jest poświęcenie, to nie leży nawet w jednej szufladzie z ojcostwem.

A przecież jesteśmy Twoi, z Ciebie. Mam Twoje oczy i ciemne włosy, jestem tak samo uparta, mój brat tak samo się porusza i jest głodny dopiero wieczorem. Tego nie wyssaliśmy z mlekiem matki.

Jeszcze wciąż, jeszcze przez chwilę Cię potrzebujemy zanim wejdziemy w dorosłe życie. Potrzebujemy Cię codziennie. Uważnego, pochylonego nad naszymi sprawami i potrzebami, nad naszym, małym ale tak ważnym dla nas światem, rozumiejącego co czujemy i że czujemy inaczej i że lubimy czasami inne rzeczy niż Ty. Potrzebujemy kogoś zaangażowanego i kogoś, na kim możemy polegać ZAWSZE, komu się zawsze będzie chciało i kto będzie miał dla nas czas. Potrafisz to nam dać?

My i tak sobie jakoś poradzimy, znajdziemy gdzie indziej te substytuty ojcostwa- w innych ludziach, zdarzeniach, chwilach.

Nie boisz się czasem, że nas to skrzywi nieodwracalnie na całe życie? Ten brak ojcowskiej uwagi, miłości, cierpliwości i czasu?

Obudź się…..

 

Tagged , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *