Bohaterem ubiegłego tygodnia zostaje niewątpliwie moja ponad 90 letnia babcia.
Jej własne określenie: być jak niezdarty kapeć- jak ulał pasuje do mojej babci- sapci- jak na nią wołałam w dzieciństwie.
Przeprowadzana z nią była ostatnio rozmowa telefoniczna z panią z kasy chorych. Babcia wymagająca opieki 24 h na dobę, nie poruszająca się o własnych siłach ,tak to dziarsko odpowiadała na pytania:
(tekst celowo częściowo w oryginale, ze względu na dosłowność niektórych zwrotów)
– Wann sind Sie geboren? (kiedy się Pani urodziła?)
– tu babcia podaje bez wahania swoją datę urodzenia
– Wie alt sind Sie ( ile ma Pani lat, dosłownie – jak stara jest Pani?)
– Stara? Nie jestem stara! Jestem młódką!
– Zapytam jeszcze raz: ile ma Pani lat?
– Pani taka młoda -to niech Pani sobie policzy!
Szach-mat!
Odkąd pamiętam ta kobieta nigdy się na nic nie skarżyła, nic jej nie dolegało, zawsze miała dobry humor i nigdy nie usłyszałam z jej ust- jestem już stara.
Taki to z niej niezdarty kapeć, chodak z drewna i stali wręcz.
Blask, chęć i głód życia, które z niej biły oślepił niejednego.
Zawsze biło od niej to swoiste „Ausstrahlung”- blask , emanacja siły i energii, delektowanie się życiem.
Pod tym względem Inka jest moją idolką numer jeden. Chciałabym za lat czterdzieści mieć czelność powiedzieć: ja stara? Jestem jeszcze młoda.
To potwierdzenie, że wiek jest tylko liczbą, wszystko tkwi w głowie i w pozytywnym nastawieniu.
Znam takich, co o kilkadziesiąt lat młodsi od mojej heroski, zachowują się i żyją, jakby już dawno byli martwi, a uciekające lata są dla nich wymówką na wszystko. Którzy leżenie na kanapie przedkładają nad pełne pasji wielowymiarowe życie, a zaniedbywane latami dolegliwości są dla nich wymówką na unikanie aktywności fizycznej.
To normalne, że każdemu coś czasami dolega, życie mniej lub bardziej daje w kość, ale czy zaraz trzeba to zrzucać na innych, pozwolić, by mała ciemna plamka na jednej gruszce zaraziła inne gruszki w koszyku?
Nie sądzę, by mojej babci przez jej długie lata życia nigdy nic nie bolało, nie miała gorszego nastroju, słabszych dni…. Owszem ostatnie kilka lat mocno wyhamowała, jej aktywność naturalnie zmalała, ale pamiętam, że jeszcze niedawno, gdy się do niej dzwoniło ze spontaniczną propozycją jakiegoś wypadu- ona odpowiadała- za pół godziny jestem gotowa!
That’s the spirit!
Taka chcę być! Żyć do utraty tchu, tańczyć ile się da, zachłannie pochłaniać każdy dzień.
Czasami tkwimy w letargu odkładając prawdziwe życie na jakieś nieokreślone potem.
Tylko to potem może nie nastąpić…
Mnie z letargu wyrwała biopsja i świadomość, że jeśli wynik będzie negatywny ,to do cholery może być niewesoło…
Na szczęście był to tylko chwilowy strach, ale to było impulsem. Zaczęłam robić rzeczy, które odkładałam na potem, a które były z kategorii przyjemności, a nie pożyteczne. I mam zamiar pić tego szampana, niech mi cieknie po brodzie, dopóki śmierć nas nie rozłączy!