W opozycji do szybko toczącego się tempa życia, jakie sobie ostatnio fundujemy, postanowiłam pokazać moim słodziakom co to znaczy leniwe śniadanie, zjedzone dosyć późno i do tego złożone z nieprzyzwoicie wręcz zdrowych lokalnych produktów. Pewne niedzielne przedpołudnie wydawało się do tego idealne i ciekawa propozycja jednej z ulubionych lokalnych knajpek trafiła w samo sedno, zarówno z tematem, jak i terminem, kiedy to wszyscy o dziwo byliśmy na miejscu, nie musieliśmy jechać do stolicy, nie musieliśmy brać udziału w jakiś przedmiotowych konkursach, milusińscy nie mieli weekendu z tatą. Godzina jedenasta jak na śniadanie to niezbyt wczesna pora, niektórzy jedzą już o tej godzinie drugie śniadanie, a może nawet brunch, żeby pozostać na fali. A jednak okazało się, że musiałam towarzystwo z łóżek zrzucać i ponaglać, żeby się sprawnie ubierali, a i tak nie obyło się bez marudzenia, że po co tam idziemy, że czemu tak wcześnie, że czy nie możemy zjeść śniadania w piżamach w domu….
Aaaaaaaaaaaaaaaaa! Już mi się poziom wnerwa podnosi do niebezpiecznego poziomu. I w takich momentach sobie myślę, że po co się człowiek tak stara, chce coś młodym innego pokazać, chce im jakoś czas uprzyjemnić, a oni to najlepiej by w negliżu przed swoimi małymi i dużymi ekranami posiedzieli. Jedziemy szybko, światła na skrzyżowaniach nam nie sprzyjają, a ja się spóźniać nie lubię, więc coraz mniej zadowolona jestem. Jeszcze miejsca do parkowania brak gdzieś w pobliżu i wybija punkt jedenasta. Pędzimy po chodnikach, tak szybko, że nie zauważam Doris, która w tym samym kierunku podąża. To miało być slow, a jak na razie jest super fast. Kelnerka nas prowadzi do naszego stolika i jak widzę miny młodzieży to właściwie mogę zbierać się do wyjścia.
– i to mamy jeść? Chleb i mleko z dzbanka?- marudzi Barti
– ale rzeczywiście mega śniadanie- kwituje z kpiną Majli
– czy zawsze musicie tak marudzić?!- nie wytrzymuję już- za chwilę przecież coś jeszcze doniosą myślę sobie, bo jak na razie talerzy nawet na stole nie ma- a wy zawsze tak miauczycie, a potem mówicie, że było fajnie!
No i rzeczywiście za chwilę zamawiamy coś ciepłego do picia i kelner przynosi na talerzach pyszne białe i żółte sery oraz wędliny, a wszystko z lokalnych ekologicznych gospodarstw. Młodzi niechętnie, ale próbują. Czym ja ich karmię w domu, myślę sobie? Przecież nie jedzą ciągle frytek i parówek. A zachowują się jakby nie widzieli pełnoziarnistego pieczywa nigdy w życiu. Wszystko pachnie, jest świeże i sprawia, że nawet najbardziej oporni w końcu odzyskują apetyt. Nawet ja nalewam sobie mleko prosto od krowy, które rzeczywiście pachnie i smakuje tak odmiennie od tego z kartonu. Masełko, dżemiki, miodziki, jogurt priobiotyczny, jaja od kur zielononóżek, pyszne omlety i tak sobie myślę, że jakbym codziennie jadała tak obficie to moja talia byłaby ledwo namacalna. W tak zwanym międzyczasie staram się przemycić dzieciom co nieco o ruchu slow food. Może jak się rzuci ziarnem to coś tam kiedyś wyrośnie? Na odchodnym kupujemy jeszcze do domu pyszny serek ricotta z mleka koziego, którym zajadamy się później w domu. W drodze powrotnej milczymy objedzeni jak bąki i nagle słyszę: wiesz mama, jednak było fajnie….
Gratuluję restauracji Winnica świetnego pomysłu i czekam na inne ciekawe wydarzenia!