Mam za sobą swój pierwszy bieg! I mimo, że dobiegłam ostatnia, czuję się jakbym zwyciężyła. A zwycięstwo nad samym sobą jest jednym z piękniejszych, prawda?
W bieg o puchar run planet wkręca mnie jak zwykle J. (jak tak dalej pójdzie to wkręci mnie w misję w Afryce, myślę sobie). Bieg jest na 5 kilometrów, więc według J. teoretycznie powinnam dać radę, jak już trzydzieści kilka minut przebiegam. Z tym, że ja nie mam zielonego pojęcia, ani o tym, ile tych kilometrów na swoich treningach robię, ani w jakim tempie biegam. Zupełny lajkonik ze mnie no!
Ja po prostu cieszę się, że jednym ciurkiem ponad pół godziny przebiec potrafię. I to mi do mojego szczęścia wystarcza. A tu się trzeba z czymś nowym zmierzyć i to w tygodniu, który do najszczęśliwszych w moim życiu nie należy.
No to dobra, może i spróbuję. Plan mam, żeby w czwartek przed biegiem sobotnim, zapoznać się z trasą i zobaczyć, czy w ogóle dam radę. Ale plany są po to, żeby Pana Boga rozśmieszyć i w czwartek zamiast pląsać po leśnych ścieżkach, mam w domu wymiotującą Majli z mega gorączką. W piątek bieg i owszem, ale po lekarzach i między spotkaniami w pracy, więc też z trasą się nie zapoznaję, a nawet swojego zwykłego treningu nie robię. No cóż, chyba nie tym razem, myślę sobie.
W sobotę rano jeszcze nie wiem, czy pobiegnę, bo nie mam z kim chorej zostawić. Ale chęci są coraz większe i nawet nie zrażam się jak na pytanie czy mogę Majli do babci podrzucić, słyszę pretensję w pytaniu: a czy musisz akurat dzisiaj biec?! OO i tu się budzi moje uparte, uśpione we mnie zwierzę: TAK MUSZĘ!
Barti mnie pociesza: dasz radę zobaczysz, a jak nie dasz to po prostu nie dobiegniesz i nic się nie stanie nie? Fakt! Skąd ten mój syn taki mądry? A jeszcze mi typa dał: w razie czego skręć w las i pobiegnij skrótem, heheh!
No to kończę gotować rosół dla chorej, włączam pralkę i zakładam buty do biegania.
Zapowiada się na deszcz, więc ekwipunek o jakiś ortalion się powiększa, no i ląduję parę minut przed startem w wyznaczonym miejscu. Dostaję swój pierwszy w życiu numer startowy, który miniagrafkami muszę na biuście umieścić i z przerażeniem słucham opowieści wytrawnych biegaczy: kto ile i w ile minut przebiega. I chce mi się śpiewać, ale raczej „ ooo i co ja robię tu???” , nawet zastanawiam się, czy może do samochodu nie wrócić. Ale nie! W końcu nie przyszłam, żeby mieć najlepszy czas, tylko po to, żeby w ogóle przebiec.
Na chwilę przed startem zjawia się J. daje mi swój czasozmierzacz i mówi co i jak.
No to na miejsca gotowi start!
Wytrawni biegacze nadają tempo, którego po chwili nie jestem w stanie dotrzymać i lekko w głowie mi się kręci, więc sobie przypominam, że mam biec swoim tempem i już. No to biegnę. Pierwszy kilometr jakoś się mega ciągnie i peleton widzę już tylko z przodu na zakrętach. No i nic, myślę sobie. Run Forrest run!
Po 29 minutach widzę metę i widzę wszystkich, którzy tam czekają, a tego bardzo nie lubię.
Ale jest! kończę swoje pierwsze zorganizowane 5 kilometrów. Soczysty kawałek pomarańczy smakuje wyjątkowo słodko. Jeden z czołówki peletonu pomaga mi miniagrafki z biustu odpiąć (pewnie wyglądam na wykończoną, myślę sobie).
Dostaję zaległy dyplom i parę giftów za ukończenie 6 tygodniowego programu biegania wg. planu pumy. Krew z policzków prawie tryska na trawę, heheh!
Zbieram od babci dzieciaki, które są ze mnie bardziej dumne niż ja sama i czuję, że mnie rozpiera energia. Starcza jej jeszcze, żeby zrobić drugie danie, umyć podłogi, sześć razy zmierzyć Majli gorączkę i wyczesać kota 😉 . A deszcz zaczyna padać dopiero jak wchodzę do domu….
Także mimo ostatniego miejsca chyba nie było źle?
W każdym bądź razie, chcę jeszcze! I na porcję lodów waniliowych na gorących malinach zasłużyłam prawda? 😉