Podróż z kimś autem jest dla mnie paralelą wspólnego życia. I bardzo skutecznym papierkiem lakmusowym , za pomocą którego można zmierzyć, czy nasz współpasażer nadaje się na towarzysza dłuższej wędrówki zwanej życiem, czy raczej powinien kontynuować swoją podróż, lecz bez naszego towarzystwa.

Cechy charakteru, które ujawniają się w kierowcy, ale też w osobie towarzyszącej mu na przednim siedzeniu auta, kiedy to jesteśmy zmuszeni do przebywania przez kilka godzin w ograniczonej metrażem przestrzeni, są niekiedy rażąco nieakceptowane, innym zaś razem najpiękniejsze i pożądane.

Obserwacje tych cech można zacząć już przy procesie pakowania. Ktoś, kogo na łopatki powala fakt, upchania niezbędnych u celu podróży przedmiotów w niewielkiej przestrzeni bagażnika, kto dostaje szału z powodu nieuginania się materii, kto upycha swój bagaż w milion torebek i torebeczek, po czym nosi je przez dwie godziny do auta, ktoś, kto ma obsesję na punkcie niechcąco zostawionego okruszka, kapki wody, przekręcania pokręteł- nie wróży komfortowej podróży. Ktoś klnący na innych kierowców, na stan dróg i nieba, sprawia, że wspólna podróż staje się coraz mniej przyjemna. Kierowca wykonujący nerwowe, nagłe, niepodyktowane niczym szczególnym na drodze, ruchy nie sprawia, że jako pasażer możesz się rozluźnić, przymknąć oko, w zaufaniu dać ponieść temu, co przyniesie droga. Droga czasami wymaga objazdu, nieplanowanego postoju, nagłego hamowania, zmiany trasy, a niekiedy nawet zmiany celu podróży. Reakcje na takie niespodzianki mogą być różne od: spokojnych, opanowanych, poprzez entuzjastyczne- bo oto nowa nieplanowana przygoda na horyzoncie, po nerwowe, czy wręcz histeryczne.

Podróżując na siedzeniu pasażera czuję komfort, jeśli kierowca jest opanowany, rozluźniony i niezbyt łatwo ulega emocjom innych kierowców. Mam wtedy poczucie bycia w dobrych rękach. Jako kierowca nie toleruję komentowania moich poczynań, panicznych reakcji, kiedy nagle muszę zahamować, krytyki, kiedy skręcę nie w tym kierunku. Notuję również na dnie serca, kiedy ktoś ma problem z oddaniem mi współpasażerowi- kierownicy. Szczególnie, jeśli jest to mężczyzna.  Wspólna podróż wymaga zaufania, zdania się na kogoś, kiedy oczy nam się zamykają, elastyczności i fantazji- bo patrzcie, jaki fajny zamek na wzgórzu- może tam zajedziemy? Brak synchroniczności w doborze muzyki, postojów na potrzeby fizjologiczne, temperatury w środku pojazdu, wreszcie tematów rozmów, może z czasem trwania podróży zacząć uwierać, jak mały kamyczek w bucie podczas górskiej wędrówki. Na którymś wzniesieniu stanie się nie do zniesienia i trzeba będzie się go pozbyć.

Zauważam też taką prawidłowość- towarzysze życia, z którymi moje drogi zaczynały się już wyraźnie rozbiegać- zaczynali mnie ekstremalnie drażnić w podróży. W którymś momencie wsiadanie do jednego samochodu stawało się torturą. Nawet ton głosu był nie taki. Ja drażniłam kogoś chrupaniem marchewek, a on mnie nerwowym hamowaniem. A może po prostu chodziło o nie dającą się niczym stłumić bliską obecność- bliską- bo tuż na siedzeniu obok.

 

Przysłowie tureckie mówi: aby poznać człowieka, trzeba zostać jego towarzyszem podróży.

Po wielu kilometrach spędzonych za kierownicą samochodu, ale również jako towarzysz podróży, coraz bardziej utożsamiam się z tym przysłowiem.

W ostatnich miesiącach miałam okazję do kilku podróży, wiem już, jakie cechy powinien mieć idealny towarzysz życia, lecz najpiękniejsza  moja podróż wciąż trwa:

 

Przed wszystkimi podróżami: w Bieszczady, na Jukatan, do Patagonii, dookoła świata, na biegun północny, południowy, na Księżyc, na Marsa, na Wenus, dokądkolwiek, przed wszystkimi tymi podróżami – jest jedna prawdziwa podróż i absolutna: w głąb siebie.

Edward Stachura

 

 

 

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *