Na profilach biohackingowych , które obserwuję, dużo się mówi o wpływie, ujemnym oczywiście, spożywania alkoholu na organizm człowieka. Skoro organizm człowieka jest złożoną maszynerią i wszystko, co do niego świadomie lub nieświadomie wkładamy, ma wpływ na nasze samopoczucie, wydajność, relacje, to czy wiecie, że każda dawka alkoholu, jaką spożyjemy przez następne trzy tygodnie niszczy nasze neurony mózgowe? Tak, potrzebne jest aż trzy tygodnie o zerowej dawce trucizny, aby nasz organizm zaczął się regenerować. Przez ten czas dosłownie wysikujemy swój mózg.

Nie jestem naukowcem, żadnym specem od funkcjonowania organizmu, jednak taki news odpalił w moim umyśle całą masę ścieżek, o których niekoniecznie chcę pamiętać.

W mojej rodzinie nie istniał problem alkoholowy, nie miałam zatem doświadczeń, wzorców, takich, czy innych zachowań, które mogłabym traktować, jako wczesne czerwone flagi w jakiejkolwiek relacji. Alkohol owszem był obecny i nie był tematem tabu. Na rodzinnych imprezach stał na stole bez żadnego wstydu, żadnego wujka, ani ciotki nikt nigdy nie musiał przed tym trunkiem bronić, ja sama podobno na weselu chrzestnego, jako dziecko, dopijałam szampana z kieliszków pozostawionych bez uwagi- i co? I nic! Powstała z tego rodzinna anegdota.

Jako jedynaczka mocno pilnowana przez rodziców, a potem świadomie, bo jako harcerz, długo nie wiedziałam, co to znaczy upojenie alkoholowe. Życie studenckie – bujne towarzysko, bez alkoholu okazało się niemożliwe i tak to zostałam skażona i ja 😉

Naiwność- tą cechą można określić moje postrzeganie innych ludzi i ich stosunku do alkoholu. Skoro dla mnie nie był to żaden problem- tak też postrzegałam świat. Dobrze się bawisz, coś tam wypijesz, jest weekend, spoko luz. W końcu wiesz, co robisz. Dorosły jesteś.

W relacjach partnerskich okazało się takie podejście naiwnością najwyższej rangi.

Ktoś pił wino. Jeden, dwa kieliszki co wieczór, w weekend trochę więcej. Niby nic prawda? Ale właśnie, jak bardzo zaniżało to jakość życia w weekendy, dotarło do mnie po latach. Im dłużej trwała nasza relacja, tym mniej fajnych jakościowo chwil pamiętam. Bo w weekendy on miał migrenę. Trzeba było chodzić na paluszkach, uciszać dzieci, domyślać się, czy dobry nastrój już wrócił, czy jeszcze nie. Potem, kiedy wyjechał do pracy do stolicy i pytałam co robi sam wieczorami- odpowiedź, że pije wino nie budziła jeszcze niepokoju. Wino było, jak plasterek na samotność- usprawiedliwione zatem.

Kiedy moje życie małżeńskie legło w gruzach, sama nieświadomie sięgnęłam po to „lekarstwo”. Wieczory długie i złe, krótkie dnie- samotne rodzicielstwo kazało mi się  trzymać w pionie większość doby. Jednak przychodził taki moment, kiedy w domu zalegała cisza i wtedy można było przy lampce wina odkręcić kurek z łzami- w końcu nikt nie patrzył, wyskoczyć z trybu „matka” choć na sekundę- tak, to było kuszące. To nie było wiele, pół lampki taniego, słabego wina i ta historia nie ma ciągu dalszego, bo stojąc pewnego dnia w kolejce do kasy, córka mnie zapytała; „Mamo, a Ty znowu kupujesz wino?”.

To było jak policzek. Piekący.

Zamiast kieliszka  napoju z winogron wjechały zatem buty biegowe i zawładnęły moimi rankami, popołudniami i weekendami na jakiś czas. I pomogły stanąć na nogi.

To wszystko nie było jednak jeszcze dostatecznie mocnym kopnięciem, aby w następnej relacji nie dostrzec, że problem był znacznie większego kalibru. Chyba właśnie w myśl zasady- ja nie mam problemu- nie mają go inni. Różowo odymione okulary przyszło mi zatem nosić przez kilka następnych lat. Bo życie wystawiło mnie na próbę z pojęciem HFA- wysokofunkcjonujący alkoholizm.

Osoba, o takiej charakterystyce jest dość trudna do zdiagnozowania. Na pozór jej życie toczy się przecież normalnie- odnosi sukcesy zawodowe, często prowadzi własny udany biznes, nie zawala terminów, umie odnaleźć się towarzysko, można na niej polegać. Tylko…

No właśnie, tylko prawda sączy się jak dwutlenek węgla pod szparą w drzwiach- niepostrzeżenie. Zabija Cię dzień po dniu, a Ty nie wiesz, dlaczego masz coraz mniej chęci i radości życia. Bo tam pod podłogą wije się stado żmij, których nie widzisz, bo wciąż patrzysz w górę, w przyszłość, nadrabiając swoim światłem, brak światła po tej drugiej stronie. Dodatkową przeszkodą w  rozpoznaniu zawczasu wroga była odległość. Bo nie mieszkaliśmy na co dzień razem. Łatwiej wtedy zarzucić siatkę maskującą na wiele z pozoru błahych zachowań. Brak odebranych połączeń telefonicznych- przysnąłem i nie słyszałem.  Zadzwoń do mnie rano- bo mogę nie słyszeć budzika. Whisky pita z colą w kubku od herbaty- postronny widz długo się nie domyśla prawdy. Popołudniowe drzemki, bo w nocy źle spałem- prawda była jednak zatopiona na dnie kubka. Wieczorny drink w piątek- bo tydzień był stresujący.

Tak.

Aż ostatecznie któraś scena otwiera Ci szeroko oczy, choć bez pardonu gruchoce serce.

Dzisiaj robię tył w zwrot przy pierwszej czerwonej fladze. Brak złudzeń znacząco wyostrza percepcję.

Jeśli ktoś twierdzi, że nie ma problemu alkoholowego, a w łazience stoją puste kieliszki po winie, w śmietniku stos butelek, a według jego narracji on pije tylko w weekend. Uciekaj. Ten plasterek dawno wrósł w ranę- długą i głęboką, jak Rów Mariański.

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *