Narodziny mokrej zimnej Wenus suki- wpis w odcinkach (ilu- to się okaże)
Suka-znaczenia (według Wikisłownika):
rzeczownik, rodzaj żeński
(1.1) zool. samica psa domowego lub innego zwierzęcia psowatego
(1.2) wulg. pejor. kobieta, zwłaszcza źle prowadząca się[1]
(1.3) wulg. obraź. pejor. kobieta zimna, złośliwa lub niewdzięczna
(1.4) wulg. mężczyzna uległy seksualnie innemu mężczyźnie
(1.5) muz. staropolski smyczkowy instrument muzyczny, z grupy chordofonów ludowych, przypominający skrzypce; zob. też suka biłgorajska w Wikipedii
(1.6) daw. duży kołnierz opadający na plecy w sukmanie będącej elementem męskiego stroju Krakowiaków wschodnich
(1.7) slang. samochód policyjny, szczególnie przeznaczony do przewozu więźniów
(1.8) środ. kolej. lokomotywa spalinowa serii SU45 lub SU46
Ponieważ nie jestem weterynarzem, na psach znam się niewiele, a suki psa to z reguły dobre matki, o instrumentach smyczkowych wiem, tylko tyle, że takie istnieją, niektóre z tych znaczeń widzę po raz pierwszy, o źle prowadzących się kobietach nie będę się w dzisiejszych czasach wypowiadać, zresztą- kto jest bez winy, niech pierwszy…. weźmy dzisiaj proszę pod lupę bramkę numer trzy.
Suka- kobieta zimna, złośliwa lub niewdzięczna.
Każdy, kto nie włóczył się od dzieciństwa z taborem cygańskim po świecie i skończył przynajmniej kilka klas podstawowej edukacji, wie chyba, że samica ludzka nie rodzi suki albo zimnego drania, jeśli mamy podać odpowiednik płci męskiej. Kobieta po 9 miesiącach normalnej ciąży rodzi w większości zdrowych przypadków słodką, małą dziewczynkę lub rozkosznego chłopca. Rozkoszny chłopiec przeobrażający się w zimnego drania to dobry motyw na osobny wpis, a dzisiaj zajmiemy się słodką, małą dziewczynką. I procesem jaki musi nastąpić, aby z takiego aniołka wykluła się w późniejszym, dorosłym już życiu- suka. W dodatku zimna.
No bo umówmy się- ciepła suka, to tak, jak ciepłe lody- ani ciepłe, ani lody i nie wiadomo, dlaczego, ktoś tak nazwał to kaloryczne dziadostwo.
Proces rodzenia się zimnej suki, jest podobny do wykluwania się motyla z gąsienicy. No może mniej spektakularny. I trwa. Dłużej. Dużo dłużej.
Nie będziemy przyglądać się, co dzieje się ze słodką, małą dziewczynką w dzieciństwie i czy wydarzenia z tego okresu nie mają czasami wpływu na przepoczwarzenie się aniołka w sukę, bo od tego są powycierane setkami „ proszę usiąść” kozetki u psychologów.
My zrobimy zbliżenie kamery na okres, w którym nasz słodki aniołek jest już kilka lat po ślubie, lub po obietnicy ślubu lub kilka miesięcy po „kocham Cię i nie mogę bez Ciebie żyć” lub właśnie otwiera drzwi tak zwanej drugiej szansie- choć ona- ta druga szansa- jest ponoć tylko po to, by ten, kto nas nie dobił za pierwszym razem, tym razem strzelił celniej między oczy, bo w życiu niestety tak jest, że tylko jak się rozsypiemy totalnie w proch- jesteśmy w stanie odrodzić się z popiołów, jak przysłowiowy feniks.
Nasza bohaterka wciąż jeszcze wierzy. W słowa. Że jak on mówi, to znaczy tak jest. Lub będzie. Za jakiś czas. Jutro. Może. Ale to jego „jutro” jest jakieś odleglejsze niż jej. A „może” znaczy bardziej „nie” niż „tak”. Ale nowego znaczenia słów, mała, słodka dziewczynka, która jest już pełnoletnią kobietą uczy się, jak chodzenia od nowa po wylewie do mózgu- bez siniaków, ślepych zaułków, miliona potknięć się nie obejdzie.
cdn.