Po skończonym seansie nowego filmu Trzaskalskiego „Mój rower” jeszcze długo myślałam o tym, co zaserwował nam reżyser wraz z świetną ekipą. Wychodziłam z kina z rozmazanym tuszem na policzkach, myśląc sobie, jakie to życie durne jednak.
Film, mimo, że reklamowany jako „cała prawda o facetach”, porusza tematy nie tylko męskiego świata. Myślę, że podobne sytuacje, problemy spotykają pokolenia w relacjach kobiecych. Może kobiety sobie z nimi inaczej radzą, ale nieporozumienie międzypokoleniowe jednak istnieje.
W filmie pada zapadające mi w pamięć zdanie: „ dlaczego ja z Tobą dziadku tak mogę o wszystkim, a z ojcem nie?” „ bo ja myślę, że wy z ojcem za blisko siebie jesteście”.
A jak się jest za blisko to i o zranienie łatwiej. A przecież każdemu chodzi o to samo. O akceptację, pochylenie się nad swoimi problemami, uczucie.
I tak Żmijewski (rewelacyjny w tej roli różnej od słodkiego doktorka) ma problem i z ojcem i z synem. Ojciec, którego albo nie było, albo pił i syn, który mieszka z matką. I tak w poszukiwaniu matki, babci i żony wszyscy zmuszeni są nagle zbliżyć się do siebie, co wymaga wyjścia poza własne zacietrzewienie, ściągnięcie z uszu słuchawek z muzyką, żeby móc usłyszeć, co inni mówią, przyznania się do błędów z przeszłości. I okazuje się, że wiele rzeczy da się wybaczyć, jeśli ktoś uczciwie przyzna, że był frajerem, jeśli potrafi spojrzeć na siebie oczyma innych.
Widzimy, że i owszem nikt nie jest idealny, ale w tym braku doskonałości, można nawet znaleźć przyjemność z różnorodności postrzegania świata. I nikt nikomu nie może narzucić światopoglądu, uczuć, muzycznych stylów, że drobne gesty znaczą więcej niż puste słowa, czy alimenty choćby i regularnie płacone. A najpiękniejszym gestem jest danie drugiemu wolności. Ojciec dziecku, syn matce, mąż żonie. Każdy ma prawo być szczęśliwy, tak, jak chce.
Gdyby wszyscy rodzice myśleli tak:
Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi,
Są synami i córkami Życia, które pragnie istnieć.
Rodzą się dzięki wam, lecz nie z was,
I chociaż z wami przebywają, nie należą do was.
Możecie obdarzyć je waszą miłością, lecz nie waszymi myślami.
Albowiem mają swoje własne myśli.
Możecie dać schronienie ciałom ich, ale nie duszom.
Albowiem ich dusze zamieszkują dom jutra, do którego nie możecie wstąpić nawet w snach.
Możecie usiłować upodobnić się do nich, lecz nie starajcie się, aby one stały się do was podobne.
Albowiem miłość nie cofa się wstecz ani nie ociąga się, by pozostać w dniu wczorajszym.
Jesteście łukami, z których wystrzelono wasze dzieci jak żywe strzały.
Łucznik dostrzega cel na drodze do nieskończoności i napina was Swą mocą, aby Jego strzały pomknęły szybko i daleko.
Niech napięcie dłonią Łucznika napełni was radością;
Albowiem Ten, który kocha lecącą strzałę, nie mniej miłuje nieruchomość łuku.
(Khalil Gibran „Prorok: o dzieciach”)
nie byłoby nieszczęśliwych dzieci, a później leczących się w gabinetach psychoterapeutów dorosłych.