To, że siedzę sobie w mieście N. na zachodzie Francji, nie oznacza wcale, że właśnie o tej Francji zamierzam pisać. Nie będę Was szczuć tym, że przez płot zamkniętego w nocy na klucz parku widziałam kwitnące azalie, co oznacza niewątpliwie bardziej zaawansowane stadium wiosny niż jeszcze rano w rodzinnym mieście, gdzie śnieg, a nawet bałwan w ogrodzie za nic mają sobie pierwsze promienie słońca. Nie, ja właśnie jakoś tak trochę na przekór powspominam sobie kulturalny wypad do Drezna, który miał miejsce miesiąc temu.

Wyjazd zorganizowany przez miejscowy oddział PTTK, którego głównym celem była Semper Opera i Traviata, ale przy okazji mieliśmy liznąć też nieco historii i głównych zabytków miasta.

Ponieważ cena wycieczki wraz z biletem wstępu do opery nie była zbyt wygórowana, robiłyśmy sobie już jakiś czas przed wyjazdem z G. i H. żarty, w których to nasza wyobraźnia galopowała w stronę nie wiedzieć czemu Anny Kareniny. Miałyśmy bowiem wystylizować się w stylu głównej bohaterki romansu Tołstoja, założyć długie zwiewne suknie, zgrabne kapelusiki koniecznie z woalkami opadającymi tajemniczo na nasze skronie. No i mufki! Nieodzownym gadżetem tej stylizacji miały być mufki, w których miałyśmy ogrzewać swe drobne, zmarznięte, nieznające fizycznej pracy dłonie. No i z powodu tej niewysokiej ceny za bilet, co w domyśle oznaczało miejsce w siódmym schowku na szczotki po lewej, miałyśmy plan, aby właśnie w stylu Anny Kareniny omdlewać na z góry wcześniej starannie wybrane kolana co zamożniej i młodziej wyglądających dżentelmenów (aby mieć lepsze miejsce). Dramat jak się już może domyślacie zaczął się na kilka dni przed wyjazdem i wiadomo, pod jakim przebiegał hasłem: w co się ubrać, tak aby można było cały dzień biegać z wycieczką i na prawo Zwinger, a na lewo Frauenkirche, a wieczorem pokazać się w operze i przecież wiadomo, że nie w dżinsach.  No to namnożyło się tych rzeczy w torbie, tak że aż Majli z niedowierzaniem zapytała, czy ja na pewno na jeden dzień wyjeżdżam? Taa….

Impreza zaczęła się właściwie zanim jeszcze autokar odpalił swój silnik. No to jak? Cytrynóweczka z jednorazowych, acz w kolorze starego złota kieliszków? Ja i G. grzecznie odmawiamy, wszak jeszcze południa nie ma, ale ciało pedagogiczne ze znanej mi szkoły hamulców okazuje się nie ma lub ma, ale mocno już starte i co tam hulaj dusza piekła brak! czy jakoś tak….

Świat jednak mały jest, a rodzinne miasto jeszcze mniejsze i pilotem wycieczki okazał się Czarek, z którym kiedyś w gimnazjum pracowałam i jak rozdał nam bilety wstępu do opery za uwaga CAŁE 14,50 Euro z wyraźnym i niedającym się zignorować napisem „ Hörplatz”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: miejsce, z którego nic nie widać, ale za to co nieco słychać, to wizja schowka na szczotki stała się bardziej rzeczywista i to my w takim razie z G. poprosimy tę cytrynówkę, co by sobie animuszu dodać i właściwie po co tę lornetkę operową wzięłam? i początkowo nie zwracamy uwagi na dziwne odgłosy ni to stękania ni to jęczenia, które wydaje kolega J. (który podobno tak ma), ale z czasem, gdy staje się to coraz bardziej intensywne, wprawia nas to w dziwny głupawy chichot i złośliwe uwagi zaczynają ze mnie wypływać, jak przez dłuższą chwilę jest cicho i pytam G.: czy Ci czasami czegoś nie brakuje?

Przy wjeździe do Drezna zauważamy z okna erotic car wash i dochodzimy do wniosku, że to niezły pomysł na biznes jest. I jakie wszyscy panowie mieliby wypucowane autka! Warunkiem dobrej zabawy jest pewnie pozostanie w środku i obserwowanie rzucającej się w pianie po szybie laski w mokrym podkoszulku. Ech no dobra, zostawiamy te przyziemne i mało kulturalne wyobrażenia na poczet przemierzania stadem w marznącej mżawce drezdeńskiej starówki. Czarek wiedzę ma, to trzeba mu przyznać, w końcu nie od parady jest historykiem. Ale jednak w przepięknym wnętrzu Frauenkirche porzucamy z H. pogoń za odrobiną kultury na rzecz ciepłej Kartoffelsuppe i rozgrzewania swoich na kość przemarzniętych członków w wybranej na chybił trafił knajpie. Tym samym gubimy niechcący G. , do której na dodatek dodzwonić się nie można. Jakoś się nasza Mała Mi później szczęśliwie znajduje i możemy wrócić do autokaru, by w oparach aerozolu z dezodorantów pogimnastykować się zmieniając kreacje na wieczorowe. Humory mamy coraz bardziej wyśmienite, a miejsca okazują się nie tak tragiczne i nawet z lornetki skorzystać można.  Koło mnie siada stękający J., więc G. prawie sika ze śmiechu, że będę miała niezłe zakłócenia w odbiorze. Na szczęście przewidywania te okazują się płonne i można oddać się w ekstazie muzyce i nawet czasami pozwolić włoskom na przedramionach znienacka podnosić się w podnieceniu.  W przerwie między aktami udajemy się do foyer i na schodach okazuje się, że nawet jakiś talent sopranowy mam i pieje mi się wyjątkowo skutecznie dzięki pogłosowi klatki schodowej. Wrażenia estetyczne zostały zaspokojone, można wracać do domu, długo, długo w noc, krętymi drogami klasy D, z telepiącą się szybą.

Ale we wrześniu „Wesele Figara”.  Zapisy już trwają 😉 !

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *