Wiadomo, że żadnej pracy się nie boi. Nie boi się też zmęczenia, padania na pysk, nowych wyzwań, konkurencji w postaci mniej kompetentnego, ale zawsze samca, zimy, psującego się pieca, grasujących zboczeńców, psa sąsiadów, złośliwych uwag teściowej….
Kobieta przepracowana, wychodząca z pracy po 12 godzinach boi się, że może chcieć z wyczerpania powiesić się na pierwszej lepszej gałęzi, że jak ma kilka nieodebranych połączeń z domu, to oznacza, że stało się coś, a gdy oddzwania i słyszy: „chciałem tylko zapytać, czy kupić chleb?” to ma ochotę wyrzucić telefon do miejskiego śmietnika. Boi się, że zamiast odpoczynku na przytulnej domowej kanapie, czeka ją do wyboru: sprzątanie po zwierzaku, nocna jazda z dzieckiem na pogotowie, zmiana koła w samochodzie, wyjazd do Tesco, bo w lodówce światło, wymyślanie, jak jednocześnie być jutro o tej samej godzinie na zebraniach w dwóch różnych miejscach, odśnieżanie podjazdu, aby móc rano dotrzeć do garażu itp.
Kobieta przepracowana marzy o tym, by przez chwilę być kobietą rozpieszczaną, o pomalowaniu paznokci na krwisto-czerwony, o masażu przy świecach, o śniadaniu do łóżka, o tym żeby nie być zawsze taką zorganizowaną i poukładaną, ale właśnie ku zaskoczeniu: dziką i nieprzewidywalną, roztrzepaną i szaloną, spóźniającą się i gubiącą numery telefonów, nie pamiętającą, gdzie zostawiła auto, ważny notes, klucze od biura. Taką, żeby ktoś się nią przez chwilę choć zaopiekował, zrobił zupę, ewentualnie choćby z braku zdolności kulinarnych jajecznicę i herbatę. Marzy o tym, by zdjąć spodnie, odpiąć sobie jaja i w słodkim tym błogostanie pozostać do końca świata i o jeden dzień dłużej. Taki komfort możliwy jest tylko przy PRAWDZIWYM MĘŻCZYŻNIE.
P.S. to nie jest post o mnie