Zacznij od początku, zanim przeczytasz kolejną część opowiadania:
Piotr nie skomentował tego nawet drgnięciem ust. To matka jako pierwsza wtajemniczyła go w zaułki wiary chrześcijańskiej i sama żyła zgodnie z dziesięcioma przykazaniami. Kochała i szanowała każdy najbardziej zarobaczony przejaw życia, znosząc do domu czworonożne i skrzydlate nieszczęścia, pojąc pisklęta wróbli antybiotykiem z pipety, nie zgadzając się na małe i duże śmierci. Nie zabijała nawet pająków, które szczególnie w porze jesiennej ochoczo i w coraz większych rozmiarach pojawiały się w ich domu, szukając przytułku na zimę. Wynosiła je upychając pod szklanką, na skrawkach gazet na taras. Tam z sukcesem zimowały pod wiklinowymi koszami na donice.
To z matką szeptał w dzieciństwie w cichym transie „Ojcze Nasz”, kiedy kolejny dzień się kończył i od niej chłonął akceptację wszystkich kłód pod nogi, które co jakiś czas rzucało im życie, mówiąc „sprawdzam”, bo Ten u Góry wiedział najlepiej, co robi.
Głowa Heleny zapadła w poduszki, kiedy ponownie zmorzył ją sen, mógł zatem bez skrępowania przyjrzeć się swojej rodzicielce. Próbował w jej uśpionych rysach odczytać, czy prośba, którą przed chwilą usłyszał, nie jest może jakiegoś rodzaju żartem, potworną i ostateczną próbą jego wiary, sztuczką, którą wymyśliła na morfinowym haju.
Zabrał z krzesła płaszcz i wyszedł na korytarz. Zjechał windą na parter, gdzie mieścił się szpitalny bar. Ochota na jedzenie przeszła mu całkowicie, ale musiał napić się mocnej, czarnej kawy. Najlepiej po turecku. Chociaż w rzeczywistości miał ochotę na czystą wódkę.
Stojąca za barem kobieta z wyraźnym ukraińskim akcentem nie zrozumiała o jaką kawę mu chodzi.
– Po turecku? Nie mamy tureckiej kawy- wskazała na ekspres za plecami.- Jest Jacobs.
– Proszę wsypać dwie łyżeczki mielonej kawy do szklanki i zalać wrzątkiem- wyjaśnił cierpliwie.
Ukrainka dostrzegła koloratkę pod kołnierzykiem koszuli klienta i zrobiła się jeszcze bardziej uprzejma.
– Ach, chce ksiądz zalewajkę?- w jej oczach pojawił się błysk słowiańskiego zrozumienia.
– Jeśli tak to nazywacie …- uśmiechnął się mimochodem.
Usiadł przy narożnym stoliku, okrytym ceratą w kratę nad parującym napojem i ponownie zatopił się w myślach.
Na swojej duchowej drodze doświadczył wielu absurdów nauk Kościoła, które nijak się miały do prawdziwego życia. Od kilku lat nie prowadził mszy, nie przemawiał z ambony, usunął się z kościelnego świecznika w szarość domów opieki czy hospicjów, gdzie udzielał swoich posług. Tam czuł się bliżej Boga. Często był ostatnią osobą, która trzymała terminalnie chorego za rękę. Jeszcze ciepłą rękę. Towarzyszył cierpliwie duszy uwięzionej w cierpiącym ciele, aż nadejdzie jej czas pożegnania.
Przeczuwał niejednokrotnie, kiedy to nastąpi. Chory na kilka dni przed śmiercią zaczynał rozmawiać ze swoimi bliskimi- tymi po drugiej stronie. Kłócił się z rodzicem, wzywał brata, żonę. Patrzył z uporem w jeden punkt na ścianie i z rozrzewnieniem się do niego uśmiechał. Jego twarz robiła się jakby woskowata. Nos sprawiał wrażenie, że się zapada. Wtedy ksiądz Piotr rozumiał, że jest to ostatni moment na udzielenie sakramentu namaszczenia. Zawiadamiał też krewnych, jeśli był z nimi kontakt, żeby się pożegnali z umierającym.
Śmierć często przychodziła nad ranem, tuż przed świtem. W pokoju robiło się jakby chłodniej. Pacjent często na chwilę otwierał przedziwnie trzeźwe, jak na jego stan oczy, cicho wzdychał i już. Dokonywało się. Naturalnie. O właściwym czasie.
A teraz na prośbę własnej matki miał zabawić się w Boga? Wziąć do ręki nożyce i przeciąć wstęgę życia, tak po prostu, jak gdyby nigdy nic? Z lekkością, jakby otwierał kolejny nowo wybudowany market?
Czy tylko on dostrzegał paradoks tej sytuacji?
Pani Asiu pięknie napisane, przeczytałam jeden post i tak mnie wciągnęła lektura, że zostałam na dłużej… chyba nawet zatracilam się w czasie😅.. będę czytać dalej i oczekiwać na kolejne.. serdecznie pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego 🍀
Bardzo dziękuję za miłe słowa 🙂. Postaram się Pani nie rozczarować. Pozdrawiam serdecznie 🙂