najłatwiej się pamięta
kiedy kogoś nie ma

Był dla mnie kolanami, na które wchodziłam jak byłam mała i potem po latach nieco starsza, był dla mnie dźwiękiem charakterystycznego gwizdu, gdy wołał mnie z podwórka,  oknem, przez które obserwował ulicę, głową , na którą mogłam dosłownie i w przenośni wchodzić.

Potem nagle zniknął. Z dnia na dzień. Bez ostrzeżenia, a moja pamięć wyparła wszystko, nie pamiętam nawet pożegnania. Wyjechał do lepszego świata, aby stamtąd wspierać rodzinę,więc dla kilkuletniej dziewczynki był głosem w słuchawce kabiny telefonicznej na głównej poczcie i troskliwie zapakowaną paczką z lizakami i gumami do żucia, w czasie kiedy wszystko było na kartki.

Gdy po kilku latach historia pozwoliła nam się znowu widywać, stał się kompanem do spacerów w lepszym zachodnim świecie, krytycznym odbiorcą reklam telewizyjnych, które dla mnie były magią, domowym wynalazcą, który w życie wprowadzał swoje szalone pomysły. Był dziadkiem, który w nowym obcym mieście nigdy się nie gubił, bo godzinami potrafił studiować mapę. Kimś, kto oszczędzał każdy pfennig, aby dzieciom i wnukom było lepiej, ale był też strzelającym z procy na psy za oknem oraz walczącym z dokuczliwymi sąsiadami obywatelem tego świata.

Żył skromnie. Nie potrzebował do szczęścia komputera, komórki, samochodu, modnych spodni, dalekich podróży i mimo, że nie skończył wyższych uczelni wdawał się w mądre dyskusje na każdy temat.

Był jeszcze wspaniałym pradziadkiem dla moich dzieci, z cudowną cierpliwością do ich wybryków i radością na każde spotkanie z nimi.

Brał z życia to co mu przynosiło, złoszcząc się na swoje małe i większe ułomności. Miał głowę pełną fantazji oraz silne serce, które przetrwało kilka zawałów.

Mam nadzieję i chcę wierzyć w to, że tam gdzie jest teraz, jest mu dobrze. Znowu ma niesamowitą pamięć i energię, gra w karty, chodzi na ryby, poluje na dziki, ucina sobie super krótkie drzemki w ulubionym fotelu,  miewa szalone pomysły, przyrządza pyszne pieczenie i pogwizduje z zadowolenia. Oraz cierpliwie czeka na nas. Chociaż tego akurat nie umiał za dobrze. W jego stylu byłoby raczej  nerwowe maszerowanie  od okna do drzwi  kompletnie ubranym w płaszcz i kapelusz z niecierpliwym pogwizdywaniem na ustach lub bębnienie palcami we framugę drzwi, co doprowadzało większość z nas do szału.

Wiem, teraz po kilku miesiącach wiem na pewno, że miłość jest silniejsza niż śmierć, bo nawet stamtąd mnie chronisz, nawet teraz czuję Twoją obecność, może silniej, niż kiedy płomyk Twojego życia dogasał.

Jutro zapali się wiele płomyków, dla tych którzy odeszli.

Dla Irka, który czytał moje pierwsze wiersze, a którego zabrały Tatry.

Dla Kasi, która siedziała w czwartej ławce, a nawet nie wiem, jakiego koloru miała oczy.

Dla cioci, która troszczyła się o cały świat, ale zapomniała o sobie.

Dla tych, których znam z opowiadań, choć nie zdążyłam ich poznać….

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *