„Jaka piękna zima tej wiosny” mruczę pod nosem, gdy kolejny raz w ciągu ostatniego tygodnia, roleta przymarza mi do parapetu, co powoduje, że nie mogę zaraz po rozkosznym porannym przeciągnięciu kręgosłupa, ocenić, czy łaskawa strzałka zewnętrznego termometru jest na czerwonym czy na niebieskim polu bitwy. No niestety, skoro w nocy temperatura w domu spadła do 15 stopni to raczej nie wróży plus 15 na zewnątrz. No i bingo! Pomimo nie wypitej kawy jednak moja czaszka już dobrze pracuje. Niebieskie pole na minus 6. Szlag! Znowu trzeba się wbić w zakupiony na przecenach, ale z myślą o NASTĘPNEJ zimie sweter, założyć sto pięćdziesiąt warstw wszystkiego co się tam ma jeszcze w szafie, ale co już z chęcią co najmniej na jakieś plus/minus osiem miesięcy by się porzuciło, jak niechcianą sympatię, o której przypomnimy sobie, w wielkiej chwili samotności dopiero.
Próbuję otworzyć drzwi, modląc się, żeby im też się nie chciało przymarzać do czegoś, a tu trzeba rękawy zakasać, szuflę do odśnieżania w dłoń chwycić i przebić się do garażu.
No i niby wychodzimy z domu, piękne poranne słoneczko przyświeca, ptaszki śpiewają i wielkie sople lodu z daszku wiszą. I taka się myśl nasuwa: znajdź jedną rzecz, która nie pasuje do obrazka….. Hmm i doprawdy nie wiem, co wyciąć z tej sielskiej ramki. Hmm, co by tu…
Nie marudź! pięknie jest przecież! Wierzchołki drzew się iskrzą, ślizgam się pomimo zimowych opon na ulubionym zakręcie tuż przed fabryką, cieszę się, gdy przez chwilę nie sypie śnieg. Po cichu jednak, a nawet po nieco głośnemu każdemu napotkanemu rozmówcy marzy się krokus nie spod śniegu, lecz już z lekko zieleniejącej się trawy wystający. Zrzucenie do celi sezonowego zapomnienia grubych warstw odzieży, kozaków, puchowych kurtek, a w zamian wyciągnięcie delikatnych barwnych apaszek, lekkich trenczów i balerin.
Jako gospodyni domowa z przerażeniem myślę o zbliżających się świętach i że przecież w taką zimę to mycie okien to gwarantowana angina. No dobra niby dywany najlepiej się na śniegu i mrozie trzepie, ale bez przesady, dywanów to akurat za dużo w domu nie mam. Krokusom to już się chyba odechciało i w tym roku nie wyjdą, trawa zmęczona białym ciężkim płaszczem też zbyt wiele szans na nową szatę przed Wielkanocą nie ma.
Także nie ma wyjścia. Trzeba się postarać. Marzannę najlepszą w mieście zrobić i spalić dziadostwo.
Nawet mam pomysł na parę imion dla takowej (aha i czy mogą być męskie?).