Dawno, dawno temu, za siedmioma spalonymi lasami, za zielonymi górami było sobie królestwo. W królestwie tym coraz częściej zmieniał się władca, a każdy nowy król, zasiadający na tronie, miał coraz to nowe, ciekawsze pomysły, jak z państwa o średniej wspaniałości, stać się krajem mlekiem i miodem płynącym. Wszystkie te pomysły poddani musieli znosić w milczeniu, bo na horyzoncie nie było widać miejsca dokąd można by było uciec.
Gdy jeden władca postanowił, że poddani odtąd będą chodzić w jednej zielonej skarpetce, następny król zmieniał tę zasadę na czerwoną rękawiczkę.
Gdy jeden kazał co czwartek machać chusteczką równo o godzinie 11.03 przez okna, następny natychmiast po objęciu tronu, zabraniał używania słów zaczynających się na literę „P”. Jeśli jeden urządzał wyścigi w skarpetkach po królewskich korytarzach, inny bawił się w Wielkiego Brata.
I tak to mijały kolejne pory roku, wiosna za wiosną i lato za latem.
Poddani w milczeniu znosili te zmiany, bo tak naprawdę nie wpływało to aż tak mocno na ich codzienne obowiązki. Co miało być zrobione, zrobione zostało, czasami tu i ówdzie widziało się na rogach ulic małe zbiegowiska. Ludzie pogadali sobie, pogadali, ponarzekali jak to ludzie, trochę poszydzili i w śmiechu rozchodzili się do swoich zajęć.
Nikt jednak nie przewidział, że na tronie zasiądzie władca z dalekiej odległej krainy, którego pomysły przewyższały poprzednie o niebo.
Goście z innych sąsiednich krain, którzy czasami odwiedzali to królestwo ze smutkiem zauważali, że poddani mają coraz niżej pochylone głowy.
Ci mieszkańcy krainy, którzy mieszkali na prawo od wielkiej rzeki, musieli nie wiedzieć czemu nagle przenieść się na lewy brzeg. Tym z prawego brzegu kazano zamieszkać w domach bez okien. Oddzielano bez krzty wyrzutów sumienia dzieci od matek, ponieważ nagle wszyscy poniżej 10 roku życia mieli być kształceniu w zamku.
Nagle okazało się prawdą znane powiedzenie, iż jedyną pewną rzeczą w życiu jest zmiana.
Ale poddani nie widzieli już w kolejnych zmianach nadziei na lepsze. Czuli się coraz mniej warci i bardziej maluczcy.
Aż w końcu pewnego dnia zaczęli pakować swój dobytek i szukać lepszego miejsca do życia, gdzie ludzie się uśmiechają i mają czasami chwilę wytchnienia.
I akurat ta chęć zmiany nie wyszła im bokiem tylko wyszła im na dużo, dużo lepsze.