Atomówka wpada o godzinie 14.15 na spontaniczny pomysł: dzisiaj chce sobie postrzelać, rozładować w bardzo prymitywny i samczy sposób swoje nadwyrężone niesycącymi rozmowami emocje. Dzwoni zatem na pole bitwy i rezerwuje miejsce i czas akcji oraz zestaw niezbędnych do walki akcesoriów, po czym zbiera drużynę pierścienia. Niestety żaden dorosły nie ma w sobie na tyle chęci, ochoty, spontanu, by poddać się namowom nakręconej Atomówki. Ale banda znudzonych beznadziejną sobotnią aurą dzieciaków: o TAK! I to jeszcze jak!
Niezbędny zestaw do wyżycia się z drużyną pierścienia to:
– czwórka chłopaków w wieku prawie dziesięciu lat („jakby co to kłam, że masz 10 lat”) i prawie dwunastu lat („no przecież rocznikowo to mamy 12”)
– jedna dziewczyna w wieku dziewięciu i pół lat („jakby co to mówię, że mam dziesięć”)
– jedna dziewczyna w wieku 18+ (która nie musi kłamać, że ma dziesięć lat)
– czarne ubrania, koszulki na zmianę, 1 suszarka, wygodne buty do biegania najlepiej bez sznurówek, zestaw do cucenia (zgrzewka małych butelek wody), forsa (forsa na wojnie to podstawa), determinacja (dużo, bardzo dużo!!).
Drużyna pierścienia na wojnę stawia się, pakując się do małego auta („jakby co to kładż się na mnie”), w drodze na pole bitwy kłócąc się: kto i ile goli strzelił na Euro 2012.
Atomówka ze względu na wiek 18+ staje się samozwańczym szefem bandy i próbuje ogarnąć ilość porzuconych kurtek, butów, bluz, musi skonfiskować zawartość kieszeni (komórki, jakieś znaczki, niemożliwą ilość papierków po cukierkach) oraz kilkaset razy powtórzyć „schowajcie sznurówki do środka butów!” (to zdanie będzie jej się potem śniło w noc po bitwie).
Dostajemy kamizelki z czterema czujnikami (na brzuchu, plecach, i ramionach), laserowe UZI i famasy, podajemy swoje imiona, broń zostaje aktywowana, bardzo już zmęczony dniem młodzieniec próbuje nas przeszkolić. Atomówka nie rozumie prawie nic, z tego co on mówi, musi się mocno skupić: wchodzicie na pół godziny (bitwa numer 1), w środku są tunele, schody (nie spadamy), auto (nie wchodzimy na dach), manekin (nie strzelamy do manekina), nie wybiegamy zza rogu z bronią przed sobą (możliwość kolizji), gdy zostaniemy zestrzeleni na 6 sekund jesteśmy wyłączeni z gry (wtedy nie możemy strzelać, a nasz czujnik na brzuchu świeci na czerwono przy akompaniamencie coś jakby ryczącego dinozaura,) nie mamy określonej ilości amunicji, więc musimy pamiętać o przeładowywaniu broni, zanim wyskoczy na nas przeciwnik (lub my na niego), gra kończy się, gdy muzyka ucichnie, ustawiamy się w szeregu do aktywacji, pierwsza bitwa: każdy strzela do każdego, za kilka sekund wchodzimy.
Wpadamy z dzikim okrzykiem na pole bitwy, każdy biegnie w inną stronę, psychodeliczna muzyka nakręca emocje i zaczyna się pół godziny: biegania, schylania się, nagłego wypadania na przeciwnika, haseł typu: „jestem dednięty, nie strzelaj!”, „sojusze są zabronione, nie ma tak!”, „o nie i Ty Brutusie przeciwko mnie ?!”, „no co ilość zabić się liczy!”, „sorry mama znowu muszę Cię zestrzelić”, „ łaaaaaaaa mam Cię, heheheh!”, „proszę Pani, niech Pani się nie chowa i tak Panią widzę!”, „do manekina nie STRZELAMY!”, „nie mogę przeładować broni”. Pod koniec czasu nikt prawie nie ma siły wbiegać po schodach, więc bitwa rozgrywa się na poziomie zero. Muzyka milknie, na moim UZI wyświetla się „game over”, szukamy wyjścia, wychodzimy na chwilę do realu. Jesteśmy spoceni, podnieceni, rozwrzeszczani, spragnieni, przekrzykujemy się: „proszę Pana, a kto wygrał?” , czyli kto zestrzelił najwięcej przeciwników: Jaś (98 zestrzeleń), kto stracił najmniej żyć: Atomówka (tylko 35 żyć, jak Pani to robiła, prawie nie było Pani widać??)
Oklapnięci na czarnych sofach próbujemy dojść do siebie, Atomówka zastanawia się, jak przeżyje bitwę numer 2, rozgrzana do czerwoności, nie ma już rzeczy, którą mogłaby z siebie zdjąć, tak aby było to w granicach norm społecznych.
Po 8 minutach ustalamy skład drużyn w drugiej bitwie. Drużyna biała: Atomówka i Majli, Jaś i Bartek drużyna zielona, Miki i Gilbert drużyna niebieska. W sojuszu drużynowym gra się zupełnie inaczej, mamy już lekko nadszarpnięte pokłady energii, poobcierane palce od naciskania na spust broni, bolące mięśnie nieprzyzwyczajone do dziwnych pozycji, jakie musimy przybierać, żeby przeżyć, ale za to możemy się w dwójkach osłaniać, ustalać strategie napaści na przeciwnika, czasami niechcący strzelać do siebie, bo w mroku nie do końca widać who is who (ale zabicie „swojego” nie jest wliczane w punktację), mamy pierwsze małe straty (kontuzja palca Majli po zderzeniu z zielonym przeciwnikiem). Pod koniec już nawet nie próbujemy się z braku sił ukrywać, po prostu na bezczelnego podchodzimy i z bliska kasujemy inne drużyny. Drugą bitwę wygrywają zieloni ze zdecydowaną przewagą punktów (134). Oddajemy broń i kamizelki, nie mamy siły ruszyć niczym, wycieramy się ręcznikami, pijemy, pijemy, pijemy, siedzimy, leżymy, zdychamy. Jest bosko!
Na następną bitwę będziemy trochę lepiej przygotowani: zdecydowanie krótkie pochłaniające wilgoć koszulki, buty BEZ sznurówek, rękawiczki rowerowe lub plastry, żeby nie było otarć od spustu, więcej wody, może więcej uczestników??
Atomówka zapomniała o swoich frustracjach, poczuła się jak Lara Croft, przez chwilę wkręciła sobie, że gra w wojennym filmie i generalnie przednio się bawiła.
Wracamy małym autem do domu, nikt się z braku sił nie odzywa, wszyscy pokonani, pod domem słychać pojedyncze westchnięcia: „ale fajnie było, chcemy jeszcze!”
Alien Arena: gorąco polecam. Ledwo żywa Atomówka.
A o nas to sie zapomnialo przypadkiem??!!
no dobra, następnym razem się szykuj! Nie znasz dnia, ani godziny:)