Na pierwszy rzut oka niby wszystko gra. Podjeżdżamy pod zadbany, w miarę nowy budynek, w mieście X we wschodnich Niemczech. Świetna lokalizacja, blisko parku i rzeki, w spokojnej okolicy, balkony od słonecznej strony: długie, pragnące zdobyć miano tarasów. Na parkingu dla gości tylko przeraźliwie mała garstka samochodów. Parkingu dla mieszkańców brak, bo tutaj żaden z mieszkańców dumnie zwanych rezydentami nie posiada własnego auta, choć niejeden z nich posiada mnóstwo pieniędzy, aby takowe sobie sprawić. Tutaj właściwie pojęcie takie jak „prawo własności” traci jakiekolwiek znaczenie. Rezydent nie posiada ani łóżka, w którym spędza czasami większość swoich ciągnących się w nieskończoność, podobnych jeden do drugiego i odmierzanych beznadziejną rutyną posiłków, dni i nocy, ani szafki, w której nie za bardzo ma, co przechowywać, ani telewizora, w który niewidzącym wzrokiem wpatruje się między godziną 16 a 17.
Pierwsze, co mnie uderza po wejściu do tego domu spokojnej starości, to nie są piękne wiszące na ścianach grafiki, to nie wielkie, umieszczone w holu terrarium dla królików, to coś nie uderza po oczach, lecz bezlitośnie wtłacza się mi w nozdrza. Ohydny, przyperfumowany Air Wickiem, tak by go czasami nie poczuć, odór ludzkiego moczu. On mnie usadza w rzeczywistości, nie każe mojemu mózgowi imaginować sobie, że jestem w wakacyjnym hotelu, tudzież w weekendowym Spa. Tutaj dzieje się coś, od czego większość chce uciec i z powodu czego rezydenci mający licznych członków rodziny, mają status „nieodwiedzanych od miesięcy”.
Tutaj dzieje się starość.
Wolna od botoksu, kremów trzy w jednym, sztucznych cycków i farbowanych rzęs, ale za to nasączona moczem z pampersów dla dorosłych, zwisająca nadmiarem skóry, pełna żalu za utraconą jędrnością pośladków: STAROŚĆ W 3D.
Taka, w której nie pamięta się, po co jest łyżka, ale za to z pamięci recytuje się wiersze z drugiej klasy podstawówki. Taka, przez którą nie poznaje się rodziny, a pielęgniarz, który pomaga codziennie się ubrać, staje się najbliższą osobą. Taka, w której zasób używanych słów redukuje się do niezbędnego minimum, z którego większość to bluźnierstwa. Nimi można wyrazić przecież wszystko. I ból i samotność, i bunt i lekceważenie, i niechęć i radość. Właściwie wszystko można załatwić trzema słowami, dla utrudnienia życia niemieckim pielęgniarkom, wyrzucanych znienacka po polsku.
Dziadek ma pokój na drugim piętrze, jedziemy windą, odór moczu jest coraz silniejszy. Boję się. Boję się, że zobaczę coś, co mnie przerośnie, boję się, że nie pozna swojej ukochanej wnuczki, boję się, że nie będę wiedziała co robić, jak zacznie mnie wyzywać. Gdy wchodzimy do pokoju widzę kilkulatka zaklętego w ciele staruszka, który kompletnie nie wie, po co i za jaką karę tutaj jest. Przez chwilę w wyblakłych oczach widać zdumienie, a potem tak dobrze znany mi z dzieciństwa uśmiech przebija się przez sieć zmarszczek. Głaszczę cienką i pożółkłą jak pergamin skórę, opowiadam o ostatnich wybrykach dzieci, nie mogę patrzeć na bezwstydnie nagie, nieprzyodziane żadnym zdjęciem ściany, zabija mnie anonimowość tego miejsca. Potrzebuję powietrza, wszyscy go potrzebujemy, więc sadzamy dziadka na wózek, co jest nie lada wyczynem, bo przecież qrwa on umie chodzić, jeśli można tak nazwać szuranie kapciami, które sobie bezwiednie podmienia z sąsiadem.
I potem przez jakieś dwie godziny jest słońce, jest las, są kasztany wrzucane do rzeki, są lody, są zdjęcia, jest życie.
Gdy zbliżamy się do „rezydencji” dostaję skurczu żołądka i widzę narastającą panikę w jego oczach. Jak ja mam go teraz tam zostawić? Przywiązać do nogi od łóżka, jak porzucanego przy drodze psa i udać, że moje serce nie pęka na tysiąc kawałków?
Zaczynam rozumieć puste miejsce parkingowe dla gości. Bo przyjechać tutaj w odwiedziny to jedno, ale opuścić to miejsce bez wyrzutów sumienia to zupełnie co innego. Nie wiem, czy w ogóle jest możliwe.
Gdy uciekamy do windy, on szura za nami, jak zostawiane po raz pierwszy w przedszkolu dziecko. Tylko jemu nie mogę powiedzieć: wrócę po Ciebie po południu i pojedziemy do domu. Drzwi windy prawie bezszelestnie się zamykają, wtedy otwierają się wrota ze łzami.
Całą drogę powrotną milczę.
Rzucony jedną nogą do Austri drugą bedąc w Niemczech,pozbawiony rodziny i tak Ci zazdroszczę.A.- masz wciąż swego kochanego dziadka … Przepięknie oddajesz emocje,czytam mam dreszcze i łzy płyną, bo czuję to co piszesz, jakbym tam był z Tobą ,a przecież mój dziadek rezydent odszedł już kilka lat temu…
…valentines hearts for You 🙂