Nudzicie się czasem? Tak tyci, tyci, mini, mini? Ja na brak zajęć raczej nie narzekam, ale moja dziesięcioletnia latorośl, obserwując moje według niej pewnie baaaaaaardzo nudne i monotonne życie poważnej dorosłej osoby, postanowiła je nieco urozmaicić, zapraszając w samym środku tygodnia (wprawdzie na drugi dzień święto, ale co tam) +/- sześć rówieśnic na tak zwane piżama party. Tak oto chcąc nie chcąc przez jakiś ponad dobry tydzień byłam zaangażowana w różnorakie działania z tym związane, od sprawdzania i poprawiania błędów ortograficznych na tworzonych ręcznie zaproszeniach, poprzez sprawdzanie repertuaru wypożyczalni płyt DVD i dostępność wybranych pozycji, zwożenie z pewnego strychu śpiworów, empatyczne współzamartwianie się, czy i kto w ogóle przyjdzie, codzienne sprawdzanie komórki, czy zaproszeni wybrańcy potwierdzili udział w imprezie, po holowanie do domu hektolitrów napojów oraz ton różnych niezbędnych do przeżycia jednego wieczoru i jednej nocy przekąsek. Aha jeszcze zapomniałam o dwóch wieczorach spędzonych na pomocy w robieniu piniaty. I nie jest to żaden bezalkoholowy trunek dla rozwścieczonych dziesięciolatek…..
Muszę jednak przyznać, że po raz któryś tam moje dziecię zaskoczyło mnie mile w swojej determinacji zrobienia czegokolwiek oraz w dość przemyślanym i spisanym na kartce (!) time planie imprezy. Wszystko było just in time, zapięte na ostatni guzik, perfekcyjnie dopracowane, włącznie z posprzątaniem pokoju bez mojego zrzędzenia. No po prostu idealny projekt manager mi rośnie pod bokiem, tudzież całkiem niezły organizator imprez jakiś.
W dzień imprezy odbieram telefon od Martyny potwierdzający jej udział. Martyna przyjdzie z Sandrą. Ok, ok, ale co z Julą? Najlepszą psiapsiółką mojej córy? Jakoś się nie odzywa…
Jedziemy po film, ogarniamy chatę i Majli, jak na idealną gospodynię przystało przygotowuje miseczki na przekąski, szklanki na napoje i nawet u brata próbuje wydębić komputer na wieczór. Po nieudanych próbach, próbuje u mnie…
O zapowiedzianej godzinie zjawiają się Martyna z Sandrą, ale reszty uczestniczek brak. A najbardziej brak Julki. Dziewczyny grzecznie dygają na mój widok, by za chwilę w czeluściach pokoju Majli chichotać do bólu i na cały regulator słuchać Seleny Gomez. Słyszę szelest otwieranych paczek z chipsami, na który to dźwięk jestem wyczulona, jak kot na otwieranie puszki Whiskas. Ale dobra, dzisiaj sobie trzeba odpuścić prozdrowotne zachowania żywieniowe w imię hasła: „ są Laysy jest impreza” czy jakoś tak. Rozumiem, rozumiem, w końcu dorośli bez niektórych produktów spożywczych w postaci ciekłej również się bawić nie potrafią….
Jednak, aby impreza była uznana za idealną wciąż brakuje Juli i muszę dzwonić i dopytywać, czy będzie. No i wychodzi szydło z worka: że Jula się z Sandrą pokłóciła i nie bardzo chce ze względu na nią przyjść. No kobiety to sobie potrafią życie utrudnić. Ale Majli się nie zraża, przejmuje słuchawkę, mocno reklamuje fajność swojej imprezy i po jakiś 20 minutach Jula dzwoni do drzwi.
Piskom i wrzaskom nie ma końca, jeszcze więcej chipsów się do misek sypie, soki się leją nie tylko do szklanek, Selena Gomez ustępuje (na szczęście) miejsca Michaelowi Jacksonowi. No i zaczynają się wędrówki pod byle pretekstem do pokoju starszego brata, u którego siedzi starszy kolega. I można zauważyć następującą zależność: jeśli dziewczyny są zbyt długo zajęte sobą i nie pojawiają się w pokoju po drugiej stronie domu, chłopaki wymyślają pretekst, by się u nich zjawić: brak paluszków w swoim pokoju na przykład. Jeśli jednak dziewczyny biegają tam zbyt często, są przeganiane, zaczynają nagle za bardzo przeszkadzać i drzwi przed nosem im się zatrzaskuje. I tak ten świat się kręci moi mili….. Wniosek dla dziewczyn: siedzieć i zajmować się sobą!
W środku zabaw w kalambury, gier w karty, rozbijania piniaty (cukierki na drugi dzień są pod każdą szafką) wściekle głodne dziesięciolatki chcą jeść. To zapiekamy stosy sandwichy z ciągnącym się serem i dziwimy się jak te wypchane słoną karmą chipsowo-paluszkową brzuchy to pomieszczą. No okazuje się, że mieszczą niezbyt wiele, ale za to dopchać się żelkami zawsze można prawda? Przecież żelki to w końcu nie jedzenie.
Gdzieś tam mocno po godzinie 22 podłoga zaściela się śpiworami, jedyne stojące w pokoju łóżko zostaje zarwane i zaczynają się trwające do grubo po północy wędrówki do łazienki oraz opowieści kto kogo kocha, a kto kogo już nie, i co powiedział Kuba Zosi, a czego Zosia mu nie odpowiedziała. Świat dorosłych w miniaturze uderza po oczach.
Nie wiem ile razy mówię o zgaszeniu już światła oraz sugeruję dobranoc. Rozchichotanym dziesięciolatkom wydaje się to zbytnio nie przeszkadzać.
Rano cała banda pakuje mi się do sypialni z wyraźną sugestią, że już są głodne i coś na ruszt przydałoby się wrzucić. Czy mogą być naleśniki i kakao? O taaaak!
Smażę górę naleśników jak dla pułku ułanów i ostaje mi się ledwo półtora kawałka do porannej kawusi. Gdzie te jeszcze szczupłe w biodrach i o taliach os dziewczęta to wszystko mieszczą?? Chwilowy przejaw zazdrości do młodości zagryzam wczorajszym tostem.
Kolejka do łazienki ciągnie się w nieskończoność, zastanawiam się, czy mnie dzisiaj zaszczyt skorzystania z takowej kopnie czy nie. Na szczęście nie pada i chyba już w końcu najedzone dziesięciolatki wysypują się na dwór by w badmintona pograć. Tym samym udało mi się odzyskać łazienkę!
Pół godziny później dziewczęta z niewinną miną pytają, czy mam coś do jedzenia….