Patrząc w ogień, znowu trzymamy się za ręce, wszyscy razem, choć tego wieczoru niezbyt nas wielu i pomimo, że przyszłam na to spotkanie z pewną rezerwą, czuję, że nie tylko moje zmarznięte ciało rozgrzewa się od ciepła harcerskiego ogniska. Coś podejrzanego dzieje się z moim sercem. Jakieś wzruszenie chwyta mnie za gardło i gdy dym gryzie w oczy, sama już nie wiem, czy te łzy to on mi je wyciska, czy może dawno już zapomniane uczucie braterskiej wspólnoty tak każe mi się tu roztkliwiać nad minionym czasem, ludźmi, przeżyciami, które mnie z nimi połączyły. Nad tym nienazwanym czymś, co się żarzy w ciemności nocy, jak te kawałki sosnowego drewna, co mam nadzieję nie wygasło do końca, co tylko potrzebowało podmuchu wiatru i przyjaznej ściskającej moją w kręgu dłoni. Gdy dźwięki gitary tną ciszę nocy, a młode głosiki wyśpiewują z wiarą w sercu słowa, przy których my dwadzieścia parę lat temu, spotykaliśmy się w tym miejscu, zaczynają się nieuniknione wspominki: A pamiętacie jak Gandalf po drzewach skakał? A jak w Konarzewie dostałyśmy chustę drużyny? A jak podeszłyśmy kuchnię chłopaków? Ech, jacy młodzi, jacy niefrasobliwi byliśmy, ile głupot się robiło, ale to wszystko było wybaczalne, bo w sercu był żar i wiara i tak się wierzyło w ludzi, którzy byli prawie, a czasem więcej niż rodzina. Z większością z tych braci i sióstr nie ma dziś na co dzień kontaktu, a jednak część z nas przychodzi co kilka lat na ognisko z okazji rocznicy drużyny, bo bieganie za młodu w krótkich zielonych spodenkach po lesie łączy bardziej, niż dzisiaj wspólne granie na konsoli.
Uwędzeni dymem z ogniska, przez chwilę znowu sobie bliscy, snujemy opowieści z dawnych lat, młodzież, w tym mój syn, słucha z cieniem zazdrości, a ja przez moment cofam się do chwil, kiedy w spodniach moro, w traperkach, z plecakiem, przemierzałam leśne i górskie szlaki, łudząc się, że żaden z życiowych zakrętów nie zgasi żaru mojego serca. A teraz czuję się, jakbym znowu wróciła do ciepłego domu, gdzie czeka na mnie gorące kakao i pachnąca szarlotka.
Wracamy przez ciemny las do domu. W ręku gorąca żagiew z ogniska, w środku spokój.
A mi przypominają się słowa Paulo Coehlo „ Nie pozwól Twoim ranom zmienić Cię w kogoś, kim nie jesteś”. Dlaczego tak często na to pozwalamy?