Zaserwowałam sobie ostatnio, bardziej z przyczyn estetycznych, niż jakichkolwiek innych zabieg laserem. Chociaż podsumowanie wizyty u pani kosmetolog/ dermatolog/ onkolog nie było pocieszające, pani stwierdziła krótko, że tak to już jest: im niższy pesel, to takie problemy będą się pojawiały.

Buuu. Generalnie SKS i rady nie ma. Nic a nic.

Akurat nie wiem, czy u mnie ma to związek z liczbą w peselu, bo problemy z przebarwieniami zaczęły się już gdzieś po 20 roku życia i nasilały się bardziej chociażby w okresach ciąży czy latem, kiedy nawet kremy z filtrem 50 nie za bardzo pomagały. Można było zakryć to i owo grzywką, tak jak bliznę z dzieciństwa, kiedy to skacząc na tapczanie niechcący na kaloryfer się wpadło czołem.

Chwila nieuwagi na ostrym słońcu bez kapelusza słomkowego i już łaty jak na holenderskiej krowie na mnie  się pojawiają. Taki klimat można by rzec. A przecież trzeba z tym jakoś walczyć. Tak też czynię.

Co stosowałam do tej pory oprócz wysokiej ochrony przeciwsłonecznej?

Zabiegi kwasami, wybielające kremy, punktowe serum, maseczki rozjaśniające skórę, Pomagało, ale nigdy spektakularnie i zawsze do następnego razu.

Fanką mocnej opalenizny ani solarium nigdy nie byłam, ale czasami człowiek, a szczególnie kobieta z niskim (!) peselem chciałaby swoje już nie tak młode kości na słońcu wygrzać. Szczególnie, kiedy wiadomo, że w poprzednim wcieleniu była jaszczurką.

Bawiłam się też i to chyba była najskuteczniejsza metoda z laserowym usuwaniem przebarwień aparatem IPL. Wygląda się po tym, jakby się miało bliskie spotkanie trzeciego stopnia z farelką i generalnie niezbyt wyjściowo, ale efekt jest.  Nie wieczny to na pewno, ale bardzo widoczny.

W ostatni piątek udałam się na zabieg laserowy bardziej bolesny od IPL, ale stosowany punktowo. Miało być znieczulenie emlą, ale pani stwierdziła, że to tylko zaciemnia sprawę (?). No to trochę pocierpiałam, zapachniało spalonym kurczakiem , chwila moment i wyszłam z jedną plamą na policzku i  kilkoma na dłoni. Wyglądało to na początku, jakby mnie kto papierosem przypalił , a że centrum medyczne, w którym zabieg był wykonywany jest w dużej galerii handlowej, to wybrałam się od razu na mały shopping. Udany zresztą.

I wiecie co? Wklepując pin podczas płatności kartą zorientowałam się, że kasjerka oraz dziewczyna, która stała za mną przy kasie wcale nie podziwiają mojego dwa dni wcześniej zrobionego manicure, tylko łypią podejrzliwym okiem na moją rękę po zabiegu. Bo ślady na niej wyglądały, jakby ktoś z mojej dłoni popielniczkę sobie zrobił. Dorzucając do tego ranę na policzku, która wyglądała równie nieefektownie, można by było pogalopować nieco dalej i wziąć mnie za ofiarę przemocy domowej.

Na szczęście nie mam takich doświadczeń, ale gdybym miała….

To może miałabym cichy żal do tych osób, które coś zauważyły, ale pomyślały, że to nie ich sprawa. A może czułabym taki wstyd, że z ulgą przyjęłabym tę obojętność, bo gdyby ktokolwiek o cokolwiek zapytał, to i tak bym zaprzeczyła lub poczęstowała te osoby naprędce wymyśloną bajką, jak to prysnęły mi iskry z kominka podczas rozpalania tegoż. Albo olej rozgrzany do czerwoności napadł mnie prosto z patelni. Albo ach nie to nic, wie pani, taki zabieg laserowy miałam akurat…..

Pewnie trzeba mieć wiele cywilnej odwagi, żeby zareagować jakoś, gdy ma się choć cień podejrzenia, że ktoś bliski nam, a co dopiero całkiem obcy może być czyjąś cichą ofiarą. Ale właściwie co się ryzykuje? Jedynie wyjście na podejrzliwego wariata. Nic więcej.

To świetnie, że mogłam po kilku dniach w pracy mówić z lekkością w głosie- ach ten plaster na twarzy- a nie to nic, coś sobie usuwałam i przy tym nie musiałam się skrycie czerwienić.

Ale może nie przymykajmy zawsze oczu i nie dajmy sie karmić tanimi wymówkami?

Ja w każdym razie postaram się być czujniejsza na przyszłość i korzystać bardziej z trybu intuicja.

 

 

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *