Życie lubi samo przynosić historie. Nawet jeśli przynosi je w pysku kota. Zazwyczaj nie masz na nie czasu, bo przecież był jakiś plan.

Zaplanowane popołudnie i tym razem nie potoczyło się tak, jak tego oczekiwałam. Wciągnęło mnie za to w coś, czego prawdopodobnie potrzebowałam.

No dobra, mam godzinę z lekkim naddatkiem, zanim muszę wyruszyć dalej, więc podgrzewam upichconą wieczór wcześniej lasagne, słuchając nowego podcastu Gosi Ohme. Z tego powodu nie słyszę pierwszych podejrzanych dźwięków, które pojawiają się na progu tarasu. Za chwilę jednak już wiem, przeczuwam i w końcu słyszę przeraźliwy pisk, ptaka chyba. To mój pluszowy drapieżnik znowu przyniósł mi swój łup w z wdzięczności oczywiście. W d… mam taką wdzięczność i zasadę, że nie krzyczy się na kota w takim momencie. Mój dzikus ma w pysku czarnego ptaka, piór w salonie jest tyle, że by na wypchanie małej poduszki spokojnie starczyło. Ptak się szarpie i wydaje przeraźliwe piski, do tego dochodzi asysta drugiego kota, więc drę się na koty, w tym czasie wyrywając ofiarę z pyska łowcy. Ofiara ucieka w podskokach, ja za nią, pióra również, i dwa koty. Akcja przenosi się do przedpokoju. Jedną ręką odganiam koty, drugą udaje mi się złapać właściciela skrzydeł.  Oboje jesteśmy przerażeni, nie wiadomo kto bardziej. No i co teraz?- myślenie przychodzi mi z trudem, czując w dłoni, jak bije przerażone serce ptaka.  W domu go nie mogę zatrzymać, bo koty. Na ogród też nie wróci, bo tam go ponownie dopadnie rudy łowca. Wynoszę przerażoną ptaszynę na modrzew przed domem. Uskakuje na trawnik i tam w bezruchu zostaje.

Wracam do domu, obserwuję ofiarę łowów z okna, googluję-  czy dobrze rozpoznałam- czarny ptak z żółtym dziobem- kos. Niby kos. No i co teraz?On siedzi tam, a ja tutaj, mam jakieś czterdzieści minut, zanim będę musiała coś załatwić.  Googluję dalej wpisując hasła typu:

Co zrobić ze znalezionym ptakiem- Zielona Góra

Wykonuję kilka telefonów.  Przytułek dla dzikich zwierząt w Kisielinie- nieczynny. Mój weterynarz i kolejnych dwóch nie odbiera. Ogród Botaniczny- cisza. Towarzystwo Ochrony Zwierząt- no w końcu, ktoś odbiera. Kobieta mówi, żebym zadzwoniła do dzikich zwierząt w potrzebie. Dzwonię. A skąd Pani jest? Z Zielonej Góry. A to podam inny numer, bo to Śląsk. Ok. Dzwonię na ten innych numer. Pani z Poznania. Radzi, żebym złapała kosa w karton, i podaje kolejny numer do Pana Marcina z Nowej Soli. Łapanie skaczącego kosa w naprędce znaleziony karton po adidasach na przyulicznym trawniku przez kolejne dziesięć minut w trzydziestostopniowym upale- bezcenne. Kos jednak niczym kapitan Kloss szydzi ze mnie  (czyżbym słyszała – nie ze mną te numery Brunner?). Poddaję się, wracam spocona i z pustym kartonem do domu. Muszę jechać na dworzec.   W oczekiwaniu na pociąg dzwonię do Pana Marcina.

*I tu chciałam nadmienić zanim mi umknie, że żadna z osób, do których się dodzwoniłam, nie jest w najmniejszym stopniu zdziwiona, jak wyłuszczam powód rozmowy, wręcz przeciwnie, wszyscy wydają się zaangażowani, jakby co najmniej chodziło o orła bielika albo inny okaz.

Pan Marcin po krótkim streszczeniu sytuacji stwierdza, że ten kos -Kapitan Kloss- to podlot jest. Że jak będzie do 200 metrów od gniazda, to rodzice go znajdą i nakarmią. Mam nic nie robić.

No, ale jak nic? Piór było tyle, pewnie ma skrzydła przetrącone, albo i gorzej.

A ma oczy otwarte, czy nie? Łepek spuszczony? Rusza się, nie jest jak sparaliżowany?

No rusza się, łypie na mnie, ucieka szybko na nóżkach, jak się do niego zbliżam.

To nic Pani nie zrobi.

Czuję się rozgrzeszona, ale zachęcona miłym radiowym głosem Pana Marcina- o czym mam śmiałość mu wspomnieć- pytam skąd u niego ta wiedza. Ano pasja taka.

I zostaje mi zaserwowana historia o sarnie z przetrąconym kręgosłupem, do której przyjechał, a która właśnie otrzymała zastrzyk usypiający od weterynarza. Pan Marcin jednak w porę zauważył, że sarna jest w ciąży, wrócił po nóż do auta i wykonał szybką cesarkę ratując młode, które tylko dzięki temu przeżyło. I druga historia o lamie, która zjawiła się z interwencji i teraz ma się dobrze w Parku Krasnala, a wcześniej egzystowała po kolana w odchodach.

Coś mnie chwyta za gardło. Te opowieści coś mi robią w środku.  A jeszcze, jak słyszę, że to wszystko z własnych pieniędzy Pana Marcina jest finansowane i że pieniądze to nie wszystko, to wiem, że tylko cienka granica mnie dzieli od tego, żeby się pobeczeć.

Bo wie Pani, jak przeszedłem ciężki udar, praktycznie bez uszczerbku na zdrowiu. I chcę jakoś spłacić dług…

Odbieram młodą z plecakiem i kartonem z napisem „ Hungary”  z udanej autostopowej wyprawy do Budapesztu.

A co tam u Ciebie?- słyszę już w aucie.

No dzieje się Młoda trochę…

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *