No właśnie jacy?

Tak to już jest, przynajmniej ze mną, że jak w całorocznym kołowrotku pędzę i wiele, albo i większość kręci się wokół moich podopiecznych, to sobie w myślach uciekam do tych chwil w przyszłości, kiedy to wyprawię wszystkich na wakacyjne eskapady, a sama będę używać życia i tzw. wolności.

A później, czyli aktualnie teraz, jak ta wyśniona, wymarzona, wytęskniona tzw. wolność w końcu nadchodzi to okazuje się, jednak, że jestem:

Po pierwsze: zmęczona.

Przedobozowymi zakupami, niekończącymi się listami, bieganiem za spodenkami, butami , latarkami gaciami, chusteczkami antybakteryjnymi i stosem innych rzeczy. Praniem, praniem i jeszcze raz praniem, wieszaniem, prasowaniem. A nawet jak ta moja młodzież coraz więcej z tych rzeczy ogarnia sama, to męczy mnie nadzorowanie tego wszystkiego.

A  potem pakowaniem: a czy zabrałeś/aś czapkę z daszkiem, coś na komary, legitymację, borading pass, paszport, euro, złotówki, ładowarkę, piżamę, krem z filtrem? ble, ble ble.

Sama siebie nie mogę już słuchać.

Zawożeniem i odwożeniem: na obóz, z obozu, z lotniska, na wycieczkę- w tym roku tak już trzeci tydzień to trwa i końca nie widać. Szofer ze mnie doskonały, jeszcze kanapki zrobione, kocyk na tylne siedzenie rzucony. Cud, malina. Ilość wyjeżdżonych kilometrów jest wprost proporcjonalna do ilości komarzych trupów na masce auta- bo po co mam myć, jak za parę dni znowu to samo?

Spinaniem tego wszystkiego logistycznie z innymi obowiązkami, które przecież mam, bo nie powiem życiu i pracy na te tygodnie stop- ja wysiadam- teraz moje pociechy mają wakacje- to nie liczcie na mnie.

Ogarnianiem domu po każdym takim wyprawieniu latorośli- bo jak już walizki, torby, śpiwory i stosy niezbędnych rzeczy wytoczą się do bagażnika, dom wygląda jak po bitwie pod Grundwaldem i żeby jakoś z godnością następne dni wolności spędzić, trzeba najpierw chwycić za szmatę.

Tak to zamiast być niegrzecznym i podążać trasą bardzo dobrze znaną od jednego baru do baru, padam z nóg i ucinam popołudniowe drzemki.

Po drugie: nudna.

Tak to trzeba sobie powiedzieć prosto w oczy. Nie spędzam upojnych wieczorów ni letnich nocy, kiedy to nie muszę się nikim opiekować, ani być przykładnym rodzicem, na dzikich wypadach na letnie koncerty, imprezy, nie czołgam się na kolanach po żadnych schodach. Nie popalam tego i owego, by złapać dystans do rzeczywistości. Cenię sobie błogą ciszę i chwilowy brak nadzorowania bujnego życia nastolatków, raczej z książką w ręku, tudzież serialem w laptopie na kolanach. Książek na te wakacje nakupiłam cały stos, także zapowiada się ciekawie.

Z trudem udaje się innym , wyzwolonym chwilowo od rodzicielskich obowiązków wyciągnąć mnie gdzieś, bo jak już mam czas, to mi się zwyczajnie nie chce. Zmuszać się mam?

Po trzecie: leniwa.

Kiedy w końcu nie muszę gotować, prasować i sprawiać wrażenia, że ogarniam, to po prostu robię nic.  Tu leży porzucona lampka po winie, tam spodnie  z wczoraj, paprochy na podłodze też mnie w oczy nie kłują. Luz. Który robi się z dnia na dzień coraz większy, a w końcu ociera się o lenistwo. A właściwie, kto mi coś powie?

Po czwarte: głodna.

Skoro nie muszę gotować, to praktycznie zapominam o zakupach, czego wynikiem jest światło w lodówce. Kanapka na obiad? Why not? Popcorn na kolację? Kebab, kiedy wracam z kina? Też nieźle. Ale i tak jestem przez większość czasu głodna. Czyli zła. Zła, bo głodna. (P.S. snikersów nie jadam).

Po piąte: niezdyscyplinowana.

Coś miałam zrobić… co to było, co to było? Ach. Pobiegać? Czy zrobić dżem z truskawek? To może jutro, za godzinę, później. Zapłacić rachunek też mogę potem. I kupić chleb.

I prawdą staje się stwierdzenie, że i mniej obowiązków masz, to mniej Ci się chce. Rozlazła się robię, nieogarnięta jakaś. Niby to wciąż ja, a jakby nie ja.

A może bardziej ja niż zwykle.

Bo czy nie jesteśmy najbardziej sobą, kiedy nikt nie patrzy?

Po szóste: nieuczesana.

Dosłownie i w przenośni. Niedoprasowana jakaś. z jednym pomalowanym okiem, bo na drugie za późno wstałam. Tyle rzeczy można sobie odpuścić, jak się okazuje. I suchy szampon jakoś częściej idzie w ruch. I myśli jakieś też bardziej nieuczesane się pojawiają….

 

Po siódme: niedospana.

Paradoksalnie zresztą, bo przecież w teorii mam więcej czasu na sen. A jednak, pochłonięta lekturą lub serialem nie zauważam , że nocna wskazówka już dawno przekroczyła krytyczny punkt, po którym nie ma szans na przyzwoitą ilość snu w śnie.

Tak to wygląda ” bujna” rzeczywistość, gdy tryb rodzic chwilo pauzuje.

A u Was jak to wygląda?

Tylko proszę nie bierzcie ze mnie przykładu. Bądźcie choć trochę niegrzeczni zgodnie ze słowami piosenki. Hmm?

 

Możesz również cieszyć się:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *