Dzień świra u nas w dziale przybiera na intensywności z każdym upływającym dniem tygodnia, tak by w piątek osiągnąć swoje apogeum.
Na moim biurku dzwoni telefon wewnętrzny, po numerze wyświetlanym na aparacie wiem kto zaś: mój ulubiony kolega K. Słuchawkę podnoszę zatem już z gotowym tekstem:
– Pomiar grubości śniegu, słucham?
– A ile tam tego śniegu macie?- podchwytuje natychmiast K.
-Aa tak ze 60 mikronów będzie… to wystarczająco?
– Tak, to się trzyma w granicach tolerancji…
– Co chcesz K. , bo ja tu czasu nie mam?
– Słuchaj, bo jak firma X przyjeżdża w następnym tygodniu, nie? To czy ja muszę się jakoś specjalnie przygotować?- pyta lekko zdezorientowany K.
– A to już nie wiem, to zależy od Ciebie, co tam preferujesz…, ale wiesz po garnitur nowy leć, manicure i pedicure sobie zrób- żartujemy sobie dalej
– Ty, a myślisz, że do fryzjera muszę iść?
– A to nie wiem, to już od Ciebie zależy…
-A kiedy oni przyjeżdżają?
-No przecież napisałam!!!!!!- czy jeszcze trzeba legendę pod mailem zamieszczać???-zaczynam się denerwować
– Ale jaki to jest dzień tygodnia??- nie zraża się K.
– Kurcze, a co kalendarza tam w dziale nie macie??- sprezentować Ci jakiś?
– Nie no mam, ale mi się strony przewracać nie chce na następny tydzień….- K. ciągnie dalej temat.
– Nie no! K.!!!!!!, weż sobie taki na trzy miesiące zawieś!!!!
– Ale no właśnie nie mam gdzie….
– Aha no tak, bo Ty przed sobą ściany nie masz… hm , ale mam pomysł, przybijesz M. do pleców co Ty na to??- lecimy dalej w kulki.
– Ale że tak centralnie??? No w sumie nie głupie, tylko, wiesz M. często nie ma przy biurku i co wtedy? Pogubię się….
– A no tak, głupi pomysł… trzeba by było M. na stałe do biurka przytwierdzić… hm mam! To może do krzesła mu przybijemy?? Krzesło chyba zostawia jak wychodzi, czy nie??
– No zostawia, tylko wiesz M. tam często jakiś sweterek zarzuca, to będzie mi kalendarz zasłaniać..- marudzi dalej K.
– No tak, tak, to co teraz?- pomysły mi się skończyły…
– Wiem!- krzyczy K.- wytniemy w sweterku okienko na dany tydzień i będzie!- mówi z entuzjazmem.
– O widzisz jaki kreatywny jesteś!- biję barwo- ale słuchaj muszę kończyć, bo tu wiesz gwiezdne wojny dzisiaj mamy…
I tak nam czasami w oparach absurdu upływają dni pracy, kiedy np. trzeba węgierskiemu kierowcy, który nie zna żadnego cywilizowanego języka, wytłumaczyć, że więcej towaru nie będzie i że może już jechać: co wtedy robicie no? I wyobraźcie sobie, że nie ma czegoś takiego jak Google translator…. Ha!
Albo jak odbieracie telefon pt.: – „a co z tym labiryntem?”, – no nie wiem, a pogubiła się Pani, chciałoby się rzec…. Ale przecież trzeba się profesjonalnie zachować i udać, że się orientujemy w temacie…
Czekając z niecierpliwością na kolejny dzień świra serdecznie pozdrawiam mojego ulubionego kolegę K.