Rozwód: zjawisko niby coraz bardziej powszechne, tendencja socjologiczna wzrastająca, a nie malejąca, a jednak ciągle jest to w wielu kręgach temat tabu. Temat, o którym lepiej pomilczeć niż go przegadać, temat siejący wciąż niezrozumienie i właściwie to lepiej omijać go szerokim łukiem.

Osoba rozwodząca się czuje się jak trędowata i to z wielu powodów.

„Co tam słychać?” – pada hollywoodzkie pytanie, jak spotykasz kogoś znajomego, kogo dawno nie widziałeś. I jak odpowiadasz szczerze: „ U mnie? Właśnie się rozwodzę….” To reakcje są mnie więcej podobne: nagle czujesz się jakby odpadał Ci kawałek twarzy, jakby Twój nos stracił kształt, jakbyś stał tam na środku ulicy bez jednego ucha.

Nikt nie wie jak ma zareagować. Mniej więcej, jak na informację, że chorujesz na raka. Niektórzy rozmówcy przybierają sztucznie zmartwione miny, a tak naprawdę w duchu cieszą się, że to nie ich dotyczy, niektórzy próbują zapytać o winę, chociaż ona (czyli ta wina) nie zawsze jest taka oczywista, a nawet jak jest, to nie masz o niej ochoty opowiadać na środku galerii handlowej. W oczach niektórych mężczyzn widziałam nagle większe zainteresowanie moją już niedługo znowu wolną osobą, nawet jak obok tego mężczyzny stała jego kobieta, w oczach kobiet, nagle z poczciwej i niezagrażającej jej małżeńskiemu bytowi jeszcze-do tej-pory-mężatki, stałam się rywalką godną strzału w plecy, zanim zniknę za pierwszym zakrętem. Generalnie ile ludzi, tyle reakcji. I tylko Ci co przeszli tę drogę sami, wiedzą co powiedzieć: Trzymaj się, wiem, że jest ciężko, ale wszystko będzie dobrze, nawet jak teraz umierasz ze strachu, że już nigdy nie będzie, jakbyś chciała pogadać to dzwoń, jak masz doła  to też dzwoń.

Do trędowatej przestaje się dzwonić, zapraszać na imprezy, kolacje, imieniny, grille, jeśli się było bardziej jego niż jej znajomym. O trędowatej szepcze się w kuchni na imieninach u cioci, bo to w końcu czarna owca jest, do tej pory w rodzinie nikt się nie rozwodził, wszyscy żyją tak przykładnie, aż do zwymiotowania i nie dają powodu to plotek. Rodzina prawie byłego małżonka zrobi wszystko, by trędowatą wysłać na wyspę zapomnienia: zrobi z niej największą szmatę w okolicy, będzie wszem i wobec opowiadać, jak to o męża nie dbała i zupę za słoną ciągle podawała. Własna rodzina będzie próbowała trędowatą nawrócić, przekonać, że w każdym związku są problemy i kłótnie i nie należy się zaraz rozwodzić i dzieciom życie łamać. Bo przecież trędowata ma dzieci i trzeba o nich przede wszystkim myśleć. Że może warto oko na skoki w bok przymknąć i jakoś żyć dalej. Dziecka kuzyna trędowata też nie może tak ot sobie do chrztu potrzymać, bo najpierw musi się przed księdzem pokajać i o życie intymne, a raczej jego brak jest wypytywana.

Na kawę ze znajomymi płci przeciwnej to już nawet trędowata się umawiać nie ma ochoty, bo potem wieść się niesie, że ze swoim nowym partnerem na miasto chodzi, a przecież wciąż formalnie jest żoną innego.

Na zebraniach w szkole na trędowatą wychowawcy także inaczej patrzą, szczególnie jak w rubryce „telefon do drugiego opiekuna” wpisuje numer do babci dziecka. No to teraz będzie wiadomo, jaki jest powód, jak dziecko coś zmaluje: rodzina rozbita, dzieci niedopilnowane, bo matka pracuje zawodowo i czasu nie ma.

Wokół rozwodzącej się nagle pojawiają się tzw. hieny: osobniki płci przeciwnej, którym wydaje się ona łatwym łupem: wystarczy trochę ją zbajerować, a ona przecież taka biedna, tak długo sama, to poleci na słodkie słówka, jak na miód i już, już w łóżku ją będzie można mieć. Nic bardziej mylnego.

O zawodowej karierze trędowata też może zapomnieć, bo nie dość, że znika we łzach czasami w toalecie, co wszyscy odnotowują w swoich sekretnych notesach, to jeszcze ostatnia przychodzi i pierwsza wychodzi, bo do dzieci musi lecieć. Najczęściej bowiem wraz ze statusem osoby rozwodzącej się, trędowata dodatkowo w bonusie otrzymuje przecież tabliczkę samotnie wychowującego rodzica, bo umówmy się, że zabranie dzieci na co drugi weekend przez tatusia jest średnią pomocą w czymkolwiek.

Ta tona stresu jaką już- prawie- rozwodnik nosi jak niechciany garb na plecach, prędzej czy później powoduje problemy zdrowotne, i to nie tylko te z kategorii „normalnych”, ale również te z kategorii  „nikt o tym nie chce rozmawiać” czyli zdrowia psychicznego.

Niesiemy zatem na kozetkę do psychologa te worki z poczuciem winy, te narośle rodzinnego „tak nie wypada”, te naręcza niskiej samooceny i próbujemy w tym wszystkim nie pogubić naszego człowieczeństwa.

Kiedyś matka znajomej, która podjęła decyzję o rozwodzie, podsumowała ją tak: „no to sobie teraz narobiłaś, nikt Cię już zapraszać nigdzie nie będzie chciał”. Wtedy mnie to zbulwersowało doszczętnie. Dzisiaj będąc po drugiej stronie barykady słyszę o wiele mniej przyjemne rzeczy i przestaje mnie już to dziwić.

Wyłamywanie się ze sztywnych ram społecznego przyzwolenia, nawet jak jest sposobem na odzyskanie wiary w siebie, zawsze będzie budziło niesmak w jednostkach, które nic nie chcą zrozumieć.

I jeszcze jedna rzecz, która mnie niezmiennie deprymuje i dobija: reakcja na informację, że weekend dzieci spędzają z ojcem: „ale masz fajnie, wolna chata, to sobie poimprezujesz, odpoczniesz itp.”. Zamilczcie wszyscy głupcy świata!

To nie są piękne weekendy mojego życia! To są chwile, kiedy bardzo tęsknię za dziećmi, kiedy po stokroć wolałabym mieć je przy sobie, kiedy na siłę muszą zajmować się sobą i owszem może i odpoczywam, ale ciągle z tyłu głowy pulsuje na czerwono myśl: to nie tak miało być!

Także drogi znajomy spotykany raz w roku przypadkiem: jeśli chcesz wiedzieć co u mnie słychać, to wszystko to co powyżej, jeśli zaś tak naprawdę masz to głęboko w d….. to po prostu nie pytaj. Oszczędzimy sobie dłuższej chwili zażenowania, a moja odpowiedź nie zburzy Tobie Twojego dobrego nastroju sobotnio-marketowego.

Możesz również cieszyć się:

27 komentarzy

  1. Jakbym o sobie czytała… Wczoraj wypowiedziałam te słowa do mojego brata: mam dość traktowania mnie jak trędowatą przez ostatnie 2 lata…:(

    1. Właśnie jestem przed rozwodem, pół roku decydowałam się na ten krok i się zdecydowałam i powiem tak, tak samo się czuję i jakby to o mnie pisane było, dokładnie słowo w słowo, tak rodzina i znajomi mnie traktują, z małymi wyjątkami. Wiem, że ciężko Ci jest i też mówię sobie, że tak nie miało być, no cóż samo życie. Po prostu nie akceptują tego.

    2. dziekuje za powyzszy tekst! jestem wlasnie w punkcie rozwodowym i to ja wnioslam pozew. Jest tak jak napisano…rodzina chciala mi wmowic ze powinnam sie zastanowic,ze dzieci,ze tyle lat malzenstwa…a ja chce byc szczesliwa,ot co. I mam nadzieje byc!!

  2. Chrzestną mojego syna jest była żona mojego kuzyna. Gdy została poproszona o bycie chrzestną od razu powiedziała nam, że jest w trakcie rozwodu, ani my ani ksiądz (fakt, że chrzest był w październiku a rozwód w grudniu – chyba u nas w parafii nie pytają o to) nie mieliśmy z tym problemu. Uważam, że czasem lepiej zdecydować się na ten radykalny krok. Gdy była nastolatką między moimi rodzicami było bardzo żle i w tamtym okresie marzyłam aby się rozwiedli. Pozdrawiam i życzę dużo siły
    P.S. Mój kuzyn i jego rodzice nie bardzo interesują się synem i wnukiem zarazem – przykre

  3. Niestety ja znam to z trzeciej strony – dziecka rozwiedzionych rodziców… I masz racje, z perspektywy czasu widzę, że nagle gdzieś zniknęli znajomi rodziców, a w szkole byłam traktowana jak człowiek drugiej kategorii… Ale wiesz co? Okazało się wtedy na kogo tak naprawdę możemy liczyć, kto był i jest szczery w swoim „co u nas”… Dlatego nie łam się! Będzie dobrze 🙂

  4. To na samym pocztku wyglada tak koszmarnie.Wydaje mi sie,ze same staramy sie uciec od towarzystwa.Z biegiem czasu wszystko blednie,juz mniej boli.Ja mam wsparcie w moich dzieciach,moj maz niezbyt byl chetny do widywania sie z nimi.Jeszcze jak zyla tesciowa to tak,a potem juz nie mial czasu.Zal mi go, teraz dzieci nie chca miec z nim nic wspolnego.I nie jestesmy takie trendowate,ale fakt nasze niedawne kolezanki pilnuja swich mezow.Glowa do gory bedzie lepiej 🙂

  5. Ale co Ty piszesz!
    Ja jestem szczęśliwy po rozwodzie. Mam RAJ, wziąłem córkę ze sobą. Też jest szczęśliwa.
    Mieszkamy razem i w końcu, po wielu latach z podniesiona głową patrzę w przyszłość.
    Naucz się czerpać z życia to co daje i co jest dobre.
    Nie zwracaj uwagi na hipokryzję, obłudę i głupie usmiechy.

    Bądź szczęśliwa.

  6. Nie przesadzasz? I
    Opinia ludzi taka ważna? A gdzie oni wszyscy byli ze swoją umiejętnością oceniania, kiedy Ty i dzieci mieliście sytuację trudna ? Wiem, ze to nie jest łatwe ale na pewno mniej istotne od rozsypanej rodziny.Wszystkiego najllepszego. Pamiętaj! Mądrzy ludzie nie manifestuja innym swojej pogardy niechęci w takich sytuacjach.

  7. Kurcze, normalnie ujęłaś to niesamowicie obrazowo, czuję się dokładnie tak samo niestety, jak jakiś wyrzutek społeczeństwa i najgorsza bo się ośmieliłam podjąć decyzję….Pozdrawiam

  8. Może to nie będzie pociechą dla autorki postu ale dokładnie tak samo traktowani są przez bliskich i znajomych rozwodzący się faceci. Dla dotychczasowych „przyjaciół” stajesz się przezroczysty. W moim przypadku, po dwudziestu latach od rozwodu w dalszym ciągu z częścią wcześniejszych znajomych i niektórych członków rodziny nie mam żadnego kontaktu. Z ich wyboru. I MAM TO W NOSIE!

  9. Może jednak przesada – rozwód nie bierze się znikąd. Jestem dorosłym dzieckiem rodziców po rozwodzie. To nie jest czarno-białe tak do końca, choć na pewno nie po równo. A co ma powiedzieć wdowa z trójką dzieci, też pracująca i z kredytem hipotecznym na następne 20 lat? Przeszliśmy z dziećmi drogę krzyżową choroby nowotworowej męża która w piorunującym tempie z silnego, zdrowego młodego jeszcze człowieka zrobiła … Jak żyć z taką traumą, jak wychować dzieci na szczęśliwych ludzi, jak podołać finansowo? Wszyscy się roztkliwiają nad rozwodzącymi się. Proponuję odwiedzić obojętnie w jakim mieście szpital onkologiczny, ile tragedii życiowych, rodzinnych. A nie jest tak, że do tej pory tym ludziom wszystko szło jak po maśle, też mieli swoje problemy, trudności, czasami dramaty…

  10. Witaj, ja rozwodziłam się 6 lat temu. Do tej pory nikt tak trafnie jak Ty nie ujął tego co może czuć kobieta, kiedy mówi innym, że się rozwodzi. Moje kuzynki, koleżanki nagle przestały mieć czas i ochotę na kontakty ze mną. Jedna z moich ciotek wprost ostrzegła swoją córkę, żeby lepiej nie kusiła losu i nie zapraszała mnie do siebie, bo anuż szwagierek mi się spodoba. Kiedyś mnie to bolało, teraz mi schlebia 🙂 Od nowa zbudowałam sobie grupę znajomych. Nie jest ich tak dużo jak kiedyś, ale mamy podobne życiowe przejścia i dobrze się rozumiemy. I co najważniejsze, tacy ludzie jak my, jak już pozbierają się po upadku, nie płaczą i nie zrzędzą z byle powodu, umieją cieszyć się życiem, bo „już nic nie muszą tylko wszystko mogą”. Z moich starych znajomych została mi jedna prawdziwa przyjaciółka, siostra i oczywiście rodzice. Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo cierpliwości. Szczęście samo przyjdzie, nie trzeba go życzyć 🙂

  11. przeczytalam z zainteresowaniem Twoj text jak rowniez komentarze i ciesze sie ze sama tak tego nie odbieram.moim zdaniem duzo zalezy od nastawienia.ja jestem od 2 lat rozwiedziona i bardzo szczesliwa. pewnie duze znaczenie ma fakt ze zyje w austrii gdzie co drugi zwiazek konczy sie rozwodem,jest to zjawisko nagminne.ale domyslam sie ze w polsce bylo by tak samo.to jest kwestja charakteru,usposobienia.albo przybiera sie role ofiary albo w uczuciem ulgi po rozwodzie(bo przeciez kazdy ma konkretne powody jezeli sie rozwodzi) patrzy optymistycznie w przyszlosc i stara sie zrobic z tej sytuacji to co najlepsze.Ja jestem mama 3 malych dzieci i b.lubie kiedy ida co drugi weekend do ex.
    Bardziej o siebie zadbalam,mam czas na kulture i sztuke,uprawiam wiecej sportu,poznaje interesujacych ludzi(glownie facetow:-) To wszystko nie mialo by miejsca gdybym tkwila w nieudanym zwiazku.
    Szczesliwa mama-szczesliwe dzieci!
    Atmosfera w domu duuuuuzo lepsza….no i w ogole same plusy!
    A co inni na to…….jest mi obojetne…(oni mi jesc nie daja-jak mawia oja kolezanka)
    Tak wiec zycze wszystkim wiecej optymizmu i wiary w siebie!
    zycie sie nie konczy po rozwodzie…ono sie od nowa zaczyna!
    i bedzie lepsze!!!
    niki

  12. Chyba mam szczęście. Jestem w samym środku paskudnego rozwodowego zawirowania i pomijając rodzinę byłego, a dokładniej jego mamuśkę, ze wszystkich stron dostaję niesamowite wsparcie. od znajomych, w szkole u dzieci a nawet w pracy. W sumie jestem chyba farciarą.

  13. Nie do końca się zgadzam.
    Kilka lat temu rozwodziły się w tym samym czasie dwie moje koleżanki.
    Z dziećmi w dorobku i sporym stażem.
    Jednak ich postawy wobec rozwodu były całkowicie różne, mimo, iż powód był ten sam…
    I właśnie owe postawy przyczyniły się w dużej mierze do późniejszego postrzegania i traktowania ich przez rodziny, znajomych itd.
    Jedna z nich rozwodziła się w całkowitej konspiracji, niby nic się nie dzieje, ale ferment rósł… Bo niby taka fajna rodzinka, ale coś się psuje… Wszyscy to widzą, ale nic nie mówią, bo zapytać nie wypada. Czego nie wiedzą, to sobie dopowiedzą. Później już tylko żale, zganianie winy jeden na drugiego. Obozy za i przeciw mnożą się w zastraszającym tempie…..
    Tak narastał brak zaufania i zrozumienia… Skutek? Taki jak napisała autorka tego postu.
    Druga zaś postawiła sprawę jasno.
    Zaprosiła wszystkich znajomych na spotkanie wraz z znienawidzonym mężem.
    Na wstępie uprzedziła, że za rady i współczucie dziękują, ale podjęli taką a nie inną decyzje…. Był szum, zdziwienie i smutek.
    Ale też swojego rodzaju podziw za odwage i szczerość.
    Plotki były, wiadomo, ale wszystko było bardziej naturalne, bez obmawiania za plecami. Bo skoro otwarcie o tym mówią, to my też o tym otwarcie rozmawiamy.
    Emocje emocjami, wstyd, zażenowanie, ale jak my nie zaufamy rodzinie i znajomym to oni po fakcie też się do nas zdystansują.
    Reasumując, nie żalmy się na wszystkich dookoła, że są be, bo nie wiedzą jak się zachować….

  14. Bardzo trafne spostrzeżenia Autorki…kilka lat temu pomogłem wyrwać się bardzo bliskiej kumpeli z małżeństwa – nie waham się użyć tego wyrazu – katem. Było jego picie bicie i od czasu do czasu gwałt…bardzo długi czas nie mogła się psychicznie pozbierać. Nie była pewna czy powinna odejść – w końcu Ją przekonałem. Dziś jest mi wdzięczna. Nadal Ją wspieram jak potrafię. A ostracyzm ? Taki jest jak mniej więcej Autorka opisała. Bardzo mądry i potrzebny wątek,za co dziękuje

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *